Pilna wiadomość

 

07-09.04.2017
Międzynarodowe Targi Łowieckie
EXPOHunting

 

 

Menu Klubowicza

Biały myśliwy - Wspomnienia o Eustachym Sapieha

Biały myśliwy

Wspomnienia o Eustachym Sapieha

 

Z łzą w oku przeczytałem artykół w południowoafrykańskim periodyku “African Outfitter” (pismo dla myśliwych i miłośników safari) z marca 2010 roku p.t. “Biały Myśliwy”. Pismo to jest niezwykle renomowane i należy do dwóch najlepszych o tej tematyce w całej Afryce, a i jego prenumeratorów znajdziecie w Ameryce, Europie i Azji. Kosztuje 8,50$ i jest dwumiesięcznikiem.

Tytuł artykulu brzmi :“Bialy Myśliwy“ a nad tytuł „Część Pierwsza“ co sugeruje, że będzie to jakiś cykl artykółów o naszym Rodaku. Bardzo miłe.

Pod artykułem nikt się nie podpisał, ale sam fakt rozpoczęcia artykółów wspominkowych jest dla mnie wielka inspiracją aby Państwu pokazać co o nas piszą i co myśla w Afryce. Przytoczyli również fragment wspomnień Księcia, co i ja za ich pośrednictwem z największą przyjemnością czynię.

 

Otóż gazeta pisze:

Polski książę, polityk, arystokrata, dyplomata, inżynier, oficer Wojska Polskiego, więzień wojenny, myśliwy i operator safari – to są wspomnienia człowieka o wielu twarzach. Urodzony w polskiej arystokratycznej rodzinie, jego dom został spalony w 1939 roku, spędził 6 lat w więzieniu po wojnie.( To już chyba nie do końca prawda, bo księcia objęła stalinowska amnestia w 1941 roku i wyjechał na Bliski Wschód. Choć wszyscy się zgodzą, że dwa lata w gułagu to więcej niż sześć w każdej innej niewoli. I jeszcze cztery latka w niemieckim oflagu. Potem  udał się do Kenni, gdzie spędzil wiele lat na emigracji).   Stach poślubił Didi krótko po wojnie i opuścił Europe, aby osiedlić się w Kenii. Bez zadnych formalnych kwalifikacji ani doświadczenia był zmuszony żyć ze swojego spryu i uroku, co czynił do końca zycia. Stach był bardzo dumny z swoich korzeni, dziedzictwa i kiedy jego siła fizyczna opadła, zaczął opisywać historie swoją i swojej rodziny. Ta książka robi koło i wraca do tego co pozostało po jego rodzinnym domu w Polsce.

 

A tak o sobie wspominał Książę Eustachy Sapieha na łamach południowo-afrykańskiego periodyku:

 

Już w latach pięćdziesiątych moje obiecujące ekspedycje sięgały głebiej i głebiej oraz roznosiły się coraz większym echem wśród znajomych. Masa ludzi zaczęła naciskać, abym zabrał ich na moje wycieczki. Musze przyznać, że nie byłem zbyt szczęśliwy z tego powiodu, jako że mogli być dla mnie uciążliwi, poza tym jest to duża odpowiedzialność. Często chodziłem nieuzbrojony, bez odpowiedniego sprzętu. Musiałbym dla nich zmienić wszystkie moje przyzwyczajenia. Prawie wszyscy  z tych ludzi zainteresowani byli także polowaniem podczas tych wycieczek, ale prawo kenijskie nie pozwala na odstrzał bez pozwolenie/licencji. Licencja wydana być musiała przez profesjonalną firmę. Licencja taka w owym czasie zwana była , a właściwie jej właściciel „biały myśliwy” ( po odzyskaniu niepodległości nazwa zmieniła się na „profesjonalny myśliwy” PH).

Wyrobiłem sobie taką licencje na wszelki wypadek, co przyszło mi z łatwością, gdyż byłem znany w Departamencie Polowań przez dobre parę lat. Oczywiście na początku otrzymałem jedynie „ograniczoną licencję”, która pozwalała jedynie na prowadzenie wycieczki na polowanie na bawoła spośród wszystkich zwierząt wielkiej piątki. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, ponieważ miałem możliwość odbywania jedynie pięciodniowych ekspedycji, a polowanie na wielką piątkę wymagało licencji/pozwolenia na cały tydzień, co oznaczałoby, ze byłbym na safari przez całe pięć tygodni. Dopiero po paru dobrych latach kiedy więcej ludzi chciało polować, dostałem wreszcie pełna profesjonalną licencję.

Moje pierwsze lata polowań z ograniczoną licencją z tytułem „biały myśliwy” to były moje lata nauki. Ja nigdy nie przeszedłem przez twardą szkołę nauki sztuki strzelania ze starszymi myśliwymi. Cała moja strzelecka mądrość opierała się na moich europejskich przeszłych polowaniach i moich wyprawach z Katimba w busz, gdzie ustrzeliłem kilka słoni, bawoła, trochę antylop i dość dużo ptaków. Dzieki moim podróżom bez broni przez ostatnie lata nauczyłem się jak unikać zwierząt wielkiej piątki, co w rezultacie nauczyło mnie także jak je znaleźć.

Teraz zdobyłem także trochę doświadczenia w krótkich polowaniach na łowiskach (farm game control). Mieliśmy przyjaciela Iana Napiera, który musiał ogrodzić swoje 20000 akrowe ranczo niedaleko Nanyuki na północy kraju, gdzie raczej niepłodna ziemia mogła wyżywić jedynie jedną sztukę bydła na 10 akrów, nie licząc zebr, których było ok. 3000 i jedzących dwa razy więcej trawy niż jego bydło. Musiał postawić ogrodzenie tak, by bydło było w środku a zebry na zewnątrz, co powodowało pewne trudności.

Moja umowa z Ianem polegała na tym, ze on zapewni mi i moim dwóm, trzem kompanom nocleg, pranie itp. a ja zatrzymuję skóry czarnych zebr (bezwartościowe).

Ta umowa była dla mnie idealna, bo mogłem zabierać ze sobą Didi, której nigdy nie moglem brać na wcześniejsze ekspedycje. Pracowała z nami jako kierowca, kiedy opuszczałem Katimbę z moimi towarzyszami, aby skórować zebry. Praca była cięzka, bo po kilku miesiącach strzelania zebry stały się tak ostrożne i wyczulone, ze musiałem strzelać do nich w pełnym galopie z 200-300 jardów. Oczywiście farmerzy mieli specjalne pozwolenia na tego typu akcje na ranczach i do tego typu odstrzału Departament Polowań zatrudnił specjalnych kontrolerów, którzy dokonywali odstrzału profesjonalnie, nie tylko na zebrach, ale i słoniach, nosorożcach i lwach.

Wstawaliśmy dobrze przed wschodem słońca na polowanie, kiedy było jeszcze chłodno; w dzień temperatury były zawsze powyżej 30 stopni a suche krzaki nie dają zbyt dużo cienia. Kiedy byliśmy wystarczająco blisko wyskakiwałem z samochodu i strzelałem tak szybko jak tylko potrafiłem. Po miesiącu udało mi się uzyskać bardzo dobrą efektywność w tej sztuce, ale na początku moje chybienia kosztowały mnie dużo amunicji i ran. W zasadzie jeździłem za każda z tych, której ustrzelenie zajmowało dużo czasu i łapał mnie południowy upał. Wracaliśmy na wpół żywi o zachodzie a Ian witał nas zimna whisky z przepyszna kolacją.

Ian grodził swój teren z niezwykła szybkością a ja musiałem trzymać zebry na zewnątrz podczas tego procesu. To wychodziło, kiedy tam byłem, ale jeśli została nawet mała nieogrodzona przestrzeń, zebry zawsze znalazły sposób, żeby się tam w nocy znaleźć, a my musieliśmy wszystko zaczynać od początku z rana. Pomimo tych utrudnień wszystko się udało,  ja ustrzeliłem 312 zebr w tym czasie. Obliczyliśmy, ze utrzymaliśmy ok. 200 zebr na zewnątrz ogrodzenia, z których wszystkie musiałyby być zastrzelone, gdyby zostały w środku.

Ludzie myślą, ze skoro potrafią strzelać i polować to wystarczy do tego, żeby wkrótce zostać profesjonalnym myśliwym. Niestety te dwie umiejętności są może najwyżej jedną czwartą tych koniecznych w tej profesji. Zanim weźmie się klienta na safari należy go najpierw znaleźć. Dlatego też należy mieć kontakty (znajomości) z biurami podróży, które zajmują się safari. Prawdopodobnie musisz odwiedzić Amerykę, Europę albo jakieś inne miejsca wiedzieć piekielnie dużo na temat marketingu. W końcu oferujesz pewne usługi i musisz znaleźć na nie nabywcę. Niezbędne są znajomości z ludźmi z pewnych kręgów, jakieś kół myśliwskich w wielu krajach, nie tylko w Kenii. Musisz poznać swoich przyszłych kompanów po fachu, a nie jest łatwo zostać zaakceptowanym w ich środowisku. Łatwo jest zarezerwować odpowiednie hotele i loty w danym czasie, ale trzeba wiedzieć wiele więcej. Przez te kilka dni polowania w południowej Tanganice i północy Kenii, kiedy trzeba zmieniać obóz i kiedy może to potrwać kilka dni, aby przejechać 500- 600 mil, trzeba znaleźć miejsce w Dar-as-Salaam, Tandze, Mombasie, Malindi lub Lamu. Często klienci chcą mieć kilka dni odpoczynku od polowania. Safari w tamtych czasach były uważane za krótkie jeśli trwały poniżej 21 dni i klienci musieli za nie płacić 10% więcej.

Przed przyjazdem turystów ktoś musiał zdobyć pozwolenie na import amunicji i broni w departamencie policyjnym.

Kenia była podzielona na 90 okręgów łowieckich, które trzeba było rezerwować z dużym wyprzedzeniem w Departamencie Gier, wybierając odpowiednie tereny na trofea dla poszczególnych klientów, a w tym celu trzeba znać te tereny bardzo dobrze.

Niektóre tereny, w większości górzyste, miały jedynie kilka tysięcy hektarów, ale inne na północy mogły sięgać 30000 km.kw. Jak wszędzie indziej biurokracja wdarła się też do biznesu strzeleckiego, dlatego ilość papierów, które każdy musiał wypełnić była bardzo duża; były różne specjalne licencje na poszczególne zwierzęta, a na inne Można było polować na ogólnej licencji; każdy papier miał inna cenę, którą trzeba była zapłacić w formie zaliczki i tylko gotówką. Trzeba było posiadać  listę zastrzelonych gatunków, a jej kopię wysłać do okręgowego inspektora a oryginał do Departamentu Łowiectwa w Nairobi, gdzie opłacano trofea.

Jeżeli klienci przyjeżdżali z rodziną albo przyjaciółmi, którzy nie chcieli tygodniami tarzać się po buszu, trzeba było zorganizować dla nich odrębne fotograficzne safari na wybrzeże, do parku narodowego albo rezerwatów, gdzie znów konieczna była rezerwacja odpowiedniego zakwaterowania, transportu i przewodników.  Miałem szczęście, jako że Didi przejęła te wszystkie obowiązki i wszystko pracowało jak w zegarku. Musiałem zgromadzić odpowiedni sprzęt, ale też nauczyć się jak go zapakować i załadować na ciężarówki. Źle zapakowane namioty po ośmiogodzinnej podróży wyboistymi drogami, nadają się jedynie do wyrzucenia po jednym takim safari. Nie mieliśmy lekkich aluminiowych rurek namiotowych, tylko grube ciężkie drewniane kolumny, które potrzebowały dwóch ludzi do rozłożenia namiotu o wymiarach 9x12 stóp z podwójnym dachem i 5-cio stopową werandą, wszystko to z ciężkich pokryć robionych z wojskowych materiałów albo brezentu jeszcze cięższe były lodówki z gazem i benzyną.

W 1965 roku Kasiunia zrobiła komódkę z szufladkami na chińską zastawę, talerze czterech rozmiarów, kubki, szklanki trzech rodzajów, solniczki, sztućce, ponadto czajnik, butle wody itp. Komódka spisała się znakomicie. Dwukrotnie wypadła z ciężarówki i przeturlała się co najmniej 30 stóp a nawet jedna rzecz się nie zbiła. Po 34-ech latach nadal nam służy.

Na dodatek musiałem przeszkolić całą ekipę wraz z kucharzem, kierowcami, tragarzami, nosicielami broni i skinerami. Potrzebowałem także dwóch zestawów radiowych. Mogę jedynie powiedzieć, że trwało to kilka lat, zanim wszystko skompletowałem.

Mówiąc o samym polowaniu, sukces leży w dobrej współpracy i wzajemnym zaufaniu pomiędzy trojgiem ludzi, którzy tworzą drużynę, działają, reaguja i myśla w ten sam sposób. Taka drużyna składa się z tropiciela, myśliwego i nosiciela broni, którzy mogą na siebie liczyć w stu procentach. Ludzie często zapominają, ze polowanie „big game” może być bardzo niebezpieczne, a większość wypadków zdarza się przez głupotę i ignorancję. Przez pierwsze pięc lat byłem tylko profesjonalnym myśliwym, przez następne dziesięć byłem dobrym profesjonalnym myśliwym. Oczywiście jest to moja własna opinia na mój temat i ktoś mógłby się z tym nie zgodzić, ale wydaje mi się, ze wiem, o czym mówię, jeśli chodzi o polowania w Afryce.

Konieczna była znajomośc terenów najbardziej popularnych/uzywanych, ponieważ inspektorzy chcieli, abyśmy rozbijali obozy w kilku wygodnych miejscach, skąd mogli kontrolować każdy nasz ruch. Angielskie wschodnio afrykańskie prawo było bardzo surowe, a inspektorzy okręgowi bardzo go przestrzegali, więc jeśli się je złamało, trzeba było poniesc surowe konsekwencje. Strzelanie z pojazdów albo nawet stojąc blisko pojazdu było zabronione i surowo karane. Zranienie zwierzęcia bez późniejszego dobicia go groziło zazwyczaj cofnięciem licencji. Strzały w samoobronie do zwierząt, na które nie posiada się licencji musiały być raportowane z dokładnym opisem zdarzenia i było potem sprawdzane przez inspektorów na miejscu zdarzenia, więc podanie fałszywych informacji zazwyczaj wychodziło na jaw.

Nie mogę nawet zliczyć wszystkich funkcji, jakie myśliwy musiał spełniać podczas polowania: musisz być kierowcą, trochę mechanikiem, kucharzem, doktorem, pielęgniarką, a ponadto psychologiem w kontaktach z klientem, szczególnie z kobietami. Wielu myśli, że myśliwy ze swoją strzelbą w dłoni przed stadem bawołu albo wieczorem opowiadając swoje historie wychodzi na bohatera i powoduje dreszcze oraz zachwyt u swoich słuchaczy. Musicie jednak uważać, bo często te dreszcze i zachwyt mogą przerodzić się śmieszność i znajdziecie się w kłopotliwej sytuacji, z której niełatwo wyjść!

 

Czyż wspomnienia Księcia Sapiehy nie wprowadzają w romantycną zadumę? Czy nie prowokują marzeń i czy nie są inspiracją do planowania nowej wyprawy na wiosnę?

 

Andrzej Niewiadomski

 
Reklama