Pilna wiadomość

 

07-09.04.2017
Międzynarodowe Targi Łowieckie
EXPOHunting

 

 

Menu Klubowicza

A R G E N T Y N A

 

A R G E N T Y N A

 

Dlaczego Argentyna?

 

Turystyka łowiecka, rozjazdy po całym Świecie są coraz częściej w modzie. Kogo stać to jeździ na polowania nie tylko na Wschód ale również do Afryki, Ameryki południowej, Północnej i Australii. Na pewno każdy z nas pragnie przeżyć nowe przygody, poczuć nowe doznania i emocje.  Polowanie za granica na pewno mu dostarczy wielkich atrakcji. Inni zaś poszukują emocji z innych zupełnie powodów. Może chcą się wyrwać od polskiej rzeczywistości ?Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że w większości Kół w Naszym PZŁ nie ma prawdziwej koleżeńskiej atmosfery. Przeważnie jest kilka grup, które się nawzajem zwalczają. Przy tym wszystkim rodzą się konflikty i uprzedzenia. Często niewielkie drobne sprawy urastają do rangi przestępstw i generują cały ciąg nieporozumień. Konflikty rosną jak kula śniegowa. W efekcie koledzy przestają być kolegami, szukają na siebie „haków” i żyją w permanentnej niezgodzie. Atmosfera zagęszcza się. Wspólnie spędzany czas przestaje być przyjemny. Nawet taki człowiek jak ja, który stoi z boku i obserwuje te utarczki ma po jakimś czasie dosyć. Do niektórych kolegów wzrasta niechęć i eskaluje do takich rozmiarów, że człowiek ma chęć uciec od tego jak najdalej. I właśnie w tym krótkim wstępie wyjaśniłem motywację mojego pierwszego wyjazdu do Argentyny na polowanie. Wszystko zaczęło się szybko, można powiedzieć bardzo szybko. Już na krótko po Walnym Zgromadzeni zrozumiałem, że coś nie gra i koledzy, którzy byli mi bliscy okazali się wichrzycielami i zarzewiem niezgody w Kole. Coraz częściej patrzyłem im na ręce i coraz częściej nabierałem dystansu. Miałem dosyć kontaktów i wspólnie spędzanych chwil. Chciałem uciec jak najdalej. Myślałem o poznaniu nowych ludzi z pasją tak silną jak moja.  Był to okres planowania mojego wyjazdu do Namibii. Przy okazji jakiejś rozmowy telefonicznej na ten temat, którą prowadziłem z Michałem z Katowic pojawił się temat Argentyny. Powiedział mi wtedy, jak pamiętam, że jest jedno miejsce wolne i mogę skorzystać. Bez namysłu powiedziałem „Tak”. Potem dopiero rozmawialiśmy o kosztach, terminach, wizach i innych szczegółach. Michał w tych wyjazdach ma spore doświadczenie. W końcu prowadzi biuro polowań. Wielokrotnie wyjeżdżał. Ma rewelacyjne rekomendacje od myśliwych, którzy z nim byli ale również od Andrzeja, preparatora z Bytomia. Ten znowu ma dobry ogląd sytuacji po trofeach jakie do niego trafiają. Uznałem Andrzeja za autorytet przy wyborze operatora moich polowań zagranicznych. Potem zresztą mój dobry wybór potwierdził się. Bardzo szybko dostałem od Michała e-mailem materiały wprowadzające mnie w temat. Do wyjazdu było trochę ponad dwa miesiące. Byłem w doskonałym nastroju. Już nie myślałem o stosunkach między-koleżeńskich w naszym Kole, a całą sferę moich rozmyślań wypełniał przyszły wyjazd do Argentyny. Pragnąłem strzelić pumę. Sztandarowe trofeum w Południowej Ameryce. Głównie to właśnie ten kot zaprzątał mi głowę. Pragnienie pozyskania drapieżnika doprowadzało mnie do kontrolowanego obłędu. Zaraz po nowym roku zaczęły się moje przygotowania do wyjazdu. Już bardzo rzadko jeździłem na „zbiorówki”. Sam nie wiem dlaczego? Pewnie chciałem odpocząć od wiecznie kuszących do kłótni gęb. Zgromadziłem trochę literatury o Argentynie, przede wszystkim o faunie, o geografii i roślinności i kulturze. Takie szkolne przypomnienie rozszerzone o biologię zwierząt łownych. Chyba wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z „piszącym Cejrowskim”. W każdym razie było co robić i na pewno dawało mi to więcej satysfakcji niż „bigos myśliwski” w Kole.

Zakupy to na pewno wstęp do ekspedycji, bo człowiek musi być właściwie odziany i przygotowany na każdą sytuację pogodową. Buty, miały być długie, lekkie i przewiewne. Wybór mój padł na wojskowe buty armii USA tz. pustynna burza. Takie właśnie zakupiłem w sklepie z demobilem, ale kompletnie nowe i pół numeru większe na skarpetkę wełnianą. Dzisiaj mogę powiedzieć, że zdały doskonale egzamin w trudnych warunkach Pampy. Miła dziewczyna, sprzedawca w M.K. Szuster o  imieniu Kasia namówiła mnie na zakup zestawu safari firmy „Laksen”.  Na zestaw składała się koszula, spodnie i kamizelka z wieloma kieszeniami i specjalnym zgrubieniem na prawy obojczyk. Taki ochraniacz odrzutu po strzale. Kapelusz, Kasia dostarczyła mi później bo nie miała w sklepie mojego rozmiaru. Jego pionowa część ponad rondem była wykonana z usztywnionej siateczki. Przewiewny a jednocześnie chronił twarz i kark przed słońcem. Kupiłem jeszcze kilka par skarpet, przeznaczonych na tropikalne ekspedycje. Sprawa skarpet jest ważna i zasługuje na to aby ją trochę szerzej omówić. Jeżeli w planach mamy polowanie z tz. „podchodu” to należy się liczyć, że będziemy dużo chodzili. Gdy przyjdzie nam przemaszerować kilka lub kilkanaście kilometrów, to nawet najbardziej wygodne obuwie da nam się we znaki. Współczesne technologie umożliwiają produkcję specjalnych włókien , z których później wytwarzane są skarpety o wyjątkowych właściwościach, dedykowane do długiej marszruty w tropikach. Po pierwsze to taki produkt jest przez poważne laboratoria testowany i gwarantuje nam jego producent, że nasze stopy nie będą odparzone. Drugim walorem jest sprężystość włókien i specjalny sposób ich ułożenia względem siebie, tak że skarpeta zapobiega tworzeniu się wszelkiego rodzaju odcisków i obtarć. Trzeci walor to wentylowanie i odprowadzanie wilgoci tylko w jedną stronę. Mówiąc kolokwialnie nowoczesne skarpety przeznaczone na wyprawy to technologia dwudziestego pierwszego wieku. I jeśli komuś zależy na jego stopach to gorąco polecam takie produkty. Dostępne są we wszystkich sklepach sportowych i myśliwskich. Powoli kompletowałem ekwipunek. Na moje rzeczy przeznaczyłem dwie walizki z włókien węglowych. Bardzo lekkie i jednocześnie wytrzymałe. Sztywność gwarantowała nienaruszalność moich ubrań i innych przedmiotów, np. kosmetyków. Należy pamiętać, że w bagażu podręcznym wolno przewozić płyny i inne substancje chemiczne w opakowaniach do pięćdziesięciu mililitrów. Wszystkie szampony, kremy przeciwsłoneczne i pasta do zębów itp. należy zapakować w bagaż zasadniczy. I ja właśnie tak uczyniłem. Bagaż zasadniczy zawierał garderobę, obuwie i kosmetyki oraz nóż i scyzoryk. W bagaż podręczny zabrałem kamery foto i filmową, optykę do sztucera i to co mi się już do głównej walizki nie pomieściło. Sztucer z dwoma lufami 7 Rem.Mag. i 375 HH Mag były w osobnej walizce, przystosowanej do transportu broni, z zamkiem szyfrowym. Amunicji zabrałem po paczce każdego kalibru czyli w sumie czterdzieści sztuk. Zapakowałem ją w osobny pojemnik. Nadszedł upragniony dzień wyjazdu. Był to początek marca. Pogoda w Warszawie smutna. Powiem otwarcie – ohydna. Padał zimny, zacinający deszcz i wiało jakby ktoś się powiesił. Mokry asfalt, brudne samochody i drzewa bez liści. Bardzo brzydka jest Warszawa zimą. Tej zimy szczególnie. Mnie zaś paradoksalnie rozpierała energia. Bardzo się cieszyłem, że poznam nowych kolegów, bo grupa do Argentyny składała się z pięciu myśliwych i Michała- organizatora. Trochę miałem tremę, czy przypadniemy sobie do gustu, czy nie będzie sztywno. Miałem różne obiekcje, ale ogólnie byłem zadowolony. Cieszyło mnie to, że zostawiam tu w Polsce coś co mi doskwierało ostatnimi czasy. Złą atmosferę w moim macierzystym kole łowieckim. Garstka kolegów robiła wszystko, aby kłócić innych, tworzyć konflikty, poniżać kolegów, wyśmiewać i szydzić. Sami natomiast uważali się za rycerzy łowiectwa, wzory etyczne i ekspertów od wszystkiego. Krótko mówiąc „kupa wariatów”. I tak miałem do tego stosowny dystans, ale było mi przykro, ze niektórym jest źle i cierpią z powodu wygłupów tej garsteczki. Miałem tego wszystkiego tak bardzo dosyć, że chciałem jakiś czas odpocząć od tego. Tym bardziej chętnie zostawiałem smutną i szarą, mokrą Warszawę i niektórych kolegów. Z resztą kumpli postanowiłem mieć kontakt, przynajmniej telefoniczny. Domniemywałem, że tylko w nielicznych miejscach będę miał zasięg telefonii komórkowej, ale postanowiłem dzwonić i dzielić się wieściami z przyjaciółmi.

 

Podróż

 

Na lotnisko zawiózł mnie kolega z pacy służbowym samochodem. Z grupą, która przyjechała z Katowic dwie godziny wcześniej spotkałem się w restauracji w hali odlotów.  Włodek i Tosiek to starzy kumple, Artur, facet zahartowany w wyjazdach safari i na Wschód, Jerzy znany producent, jeszcze bardziej znanej wódki, polował niczym „na akord” zawsze i wszędzie i na wszystko. Michał nasz organizator i przewodnik, no i moja skromna osoba niewielkiego wzrostu. Wszystkim chłopakom sympatycznie patrzyło z gęby. Integracja rozpoczęła się natychmiast, a w parę chwil potem pierwsze symptomy koleżeństwa. Już przy odprawie broni pomagaliśmy sobie nawzajem przy foliowaniu naszych bagaży i pojemników z bronią. Widać było bardzo wyraźnie troskę o drugiego kolegę. To takie piękne w łowiectwie. Po chwili, po odprawie paszportowej, gdy byliśmy już bez broni, pierwszy wspólny browarek. Po wielu napięciach pierwsze prawdziwe rozluźnienie. Przecież każdy był ciekawy z kim leci. Nikt się nie znał wcześniej tylko Tosiek z Włodkiem. Każdy miał własne wizje wyjazdu i indywidualne marzenia. Michał opowiadał mi telefonicznie, że zdarzały mu się grupy, które były niewypałem. Nie ma nic gorszego jak kłócący się uczestnicy egzotycznego polowania za „ciężkie pieniądze”. W moim przypadku byłoby to z deszczu pod rynnę. Nic nie wskazywało jednak na to. Wszyscy byli nastawieni pozytywnie. Zanim dolecieliśmy do Frankfurtu to czułem jakbym znał ich całe lata. Atmosfera i relacje opierały się na luzie i dowcipie co powodowało przyspieszanie naszej integracji. Miałem dowody i mogłem być uważnym obserwatorem rodzącego się koleżeństwa. I wcale nie przychodziło ono w bólach i mękach z pomocą innych osób. Przychodziło spontanicznie, z uśmiechem na twarzy, dobrym dowcipem. Myślę, że od pierwszego wejrzenia każdy z nas miał szacunek do drugiego i  zaufanie. Uśmiech był tylko dodatkiem, taką kropką nad „i”. Narodziny koleżeństwa to piękna rzecz. Każdemu życzę, aby mógł być tego świadkiem. Dzisiaj z pespektywy czasu myślę sobie, że każdy z nas miał swoją klasę, nie oczekiwał żadnych korzyści  w przyszłości lub jakiś wspólnych interesów.  W Polsce jeszcze pokutują te konkursy znajomości i protekcji. W naszej grupie nikt o tym nigdy nie mówił. Obce było też uczucie zazdrości. Może to też miało znaczenie?

We Frankfurcie musieliśmy zaczekać na samolot Brazylijskich Linii Lotniczych, który miał nas dostarczyć do San Paulo. Czekaliśmy około trzech godzin, więc starym piastowskim zwyczajem udaliśmy się w miejsce gdzie można konsumować alkohol. Nawet chyba coś było na ząb. Przez Ocean lecieliśmy całą noc. Samolot był prawie pusty, więc wszyscy mieliśmy pierwszą klasę i każdy miejsce leżące w poprzek foteli. Obudziliśmy się wszyscy w jednej chwili tuż przed lądowaniem. W San Paulo był ranek. Słońce wschodziło na nieboskłon. Przez ono samolotu widać było geometryczny porządek urbanistyczny miasta. Znaczy to, że ulice dzieliły miasto na kwadraty i prostokąty w które były wpisane domy. Sporo zieleni w różnych odcieniach. Przedmieścia rozlegle i zielone. Chyba stosunkowo bogate, bo widać było dużą ilość basenów przydomowych. Niestety my nie mieliśmy możliwości zwiedzenia miasta bo było to miejsce tranzytowe dla naszej grupy. Bardzo szybko dostaliśmy się do drugiego samolotu również Brazylijskich Linii Lotniczych, którym polecieliśmy do Buenos Aires, stolicy Argentyny. Lot nie wydawał się długi choć trwał chyba ze trzy godziny. Na miejscu odprawiliśmy bagaże no i najważniejsze: broń i amunicję. Wszystko doleciało w najlepszym porządku. W hali przylotów czekał na nas rezydent. Tu podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna pojechała samochodem na rancho La Colorada. W tej grupie znaleźli się Tosiek i Włodek oraz Michał. Ja wraz z Jerzym i Arturem udaliśmy się na małe lotnisko sportowe na drugim końcu Buenos. Po krótkim czasie, potrzebnym na sprawdzenie i zatankowanie awionetki wystartowaliśmy w lot do środkowej Patagonii czyli na samo południe La Pampa. Przed nami około dwóch tysięcy kilometrów co oznacza kilka godzin lotu i śródlądowanie celem tankowania. Lecieliśmy bardzo długo. Warunki w awionetce mało komfortowe a biorąc pod uwagę, że w kabinie były nasze bagaże, to do siedzenia miejsca było mało. Ciężka podróż i trochę stresująca. Gdy znaleźliśmy się nad kompletnie płaskim terenem Patagonii, niezamieszkałym i bezludnym i gdy boczne wiatry zaczęły rzucać samolocikiem na wszystkie strony, to muszę się przyznać, że miałem stracha. Zasychało mi w gardle i dotkliwie czułem przełykaną ślinę. Ręce mi drżały i koszula lepiła się do spoconych pleców. Momentami opadały mi powieki bo zbliżała się już chyba trzydziesta godzina mojej podróży. Z okien awionetki widziałem morze monotonnego  terenu zwanego Pampą. Jest to coś na podobieństwo afrykańskiej sawanny. Rosną tu wysokie trawy w kilku lub nawet kilkunastu gatunkach, krzewy cierniste i niskopienne akacje. Wyjątkowo rzadko można spotkać duże kilkumetrowe drzewa z rozłożystą koroną i grubym pniem. Na tym płaskim terenie wody prawie nie widać. Może gdzie niegdzie małe oczko stworzone przez przyrodę po ostatnich opadach. Lecąc na wysokości tysiąca metrów miałem widoczność około trzech kilometrów w jedną stronę i trzech w drugą i muszę powiedzieć, że w trakcie całej trasy spotkaliśmy tylko dwa domostwa, dwie farmy. Żadnych dróg, kolei, cywilizacji tylko dziewicza Pampa. To dobrze wróżyło. Lecąc uważnie obserwowałem teren pod nami, myśląc, że może dojrzę jakieś stworzenie, jakieś dzikie zwierze. Nic z tego. Nawet w pewnym momencie Artur zażartował sobie: „-No co Andrew widziałeś już pumę?” Udałem, że patrzę z nudów ukrywając fakt, że właśnie jej wypatrywałem. Właściwie to powinno się mówić nie Pampa a La Pampa gdyż w tym konkretnym miejscu był to stan Argentyny o takiej właśnie nazwie ze stolicą Santa Rosa. Pampa zaś jest to kraina geograficzna, którą charakteryzuje nizinne położenie i umiarkowany klimat. Są tu ziemie żyzne, rzeczne mady i czarnoziemy. Idealne miejsca dla rolnictwa, którego niestety z okna samolotu nie widziałem.

 

Puma

 

Wylądowaliśmy przy farmie na lotnisku wykonanym z utwardzonego gruntu. Nasz pilot nie należał do asów przestworzy, bo podchodził do lądowania kilka razy. Naprawdę nie było nam do śmiechu. Ja odniosłem wrażenie, że facet robi to po raz pierwszy. Jakoś się udało, ale już myślałem o żonie wdowie i dzieciach sierotach. Służba zabrała nasze bagaże do pokoju gościnnego na rancho a my udaliśmy się tam spacerkiem. Dochodziła piąta po południu. W jadalni na stole czekała na nas kolacja a właściwie późny obiad. Zaczęliśmy konsumpcję. Przez długą podróż brakowało nam normalnej świeżej strawy. Gospodyni podała do obiadu wspaniałe, domowe, argentyńskie wino. Pomimo, że młode to wyjątkowe w swym smaku. Przełykając czuło się smak dobrze dojrzałych a może przejrzałych winogron z posmakiem nie znanych mi do tego momentu ziół. Ów bukiet smaków i aromatów pochodzących dla mnie z końca świata robił doskonale wrażenie, bo wiedziałem, że wino jest młode i za kilka miesięcy przemieni się w ocet tak jak młodość zmienia się w starość. Dzisiaj można się nim delektować niczym pięknym kwiatem w pełni rozwiniętym czy młodą piękną kobietą. A potem już tylko koniec. Gdybym był malarzem impresjonistą, to na pewno namalowałbym  ten smak wiedząc, że przeminie jak impresja, że jest tylko w chwili nalewania z dzbana. Tak to wino podane nam zostało w glinianym dzbanie.

Gdy pojedliśmy i wypiliśmy po dwa lub trzy kieliszki wspomnianego wina, poczułem prawdziwe zmęczenie i senność. Potrzebowałem odpoczynku a mój organizm coraz nachalniej się go domagał. Ociężały poszedłem do swojego pokoju, który dzieliłem z Arturem i w „opakowaniu” rzuciłem się na koję.

Nie wiem czy drzemka trwała trzydzieści minut czy krócej? Do naszego pokoju zapukał Luis Bertone, czyli nasz opiekun w Argentynie, pilot awionetki i właściciel La Colorada w jednej osobie. Był to młody bardzo przystojny facet w wieku około trzydziestu lat z ogromną pasją łowiecką i wspaniałymi sukcesami na płaszczyźnie polowań komercyjnych. Zawsze uśmiechnięty i wesoły. Uroku dodawała mu jego śliczna narzeczona pochodząca z Dominikany. Dziewczyna była zjawiskowa o niezwyklej urodzie. Wydawało się, że stworzyli ją graficy komputerowi przy użyciu najodleglejszych miejsc swojej wyobraźni a potem czarodziej sprowadził ją z plakatu na Ziemię i wskrzesił w niej życie. Piękno samo w sobie i ten subtelny głos i delikatny uśmiech. Poruszała się jak baletnica nie dotykając powietrza. Jednocześnie miała w sobie coś szelmowskiego, coś co imponowało. Może to jej garderoba robiła ten efekt? Dziewczyna nosiła ciuchy w typie safari. Koszula miała spory dekolt a pod nią nic, bo temperatura wysoka. I tak te dwa piękne obiekty przylegające mocno do koszuli zachwycały nas wszystkich. Nosiła zielone szorty i długie buty typu kozaki z klamerkami. Całość była doskonała. O Boże chyba się zagalopowałem i wracam szybko do meritum.

Zapukał Luis do naszych drzwi i na odpowiedz „wlaz” był uprzejmy nas nawiedzić. Oznajmił nam, że koniec lenistwa i jedziemy na wieczorne wyjście na pumę. „-Za dziesięć minut na dole, przygotowani do wyjazdu” powiedział. „-Ok.” odparliśmy jak na komendę. W jadalni spotkaliśmy Jerzego. Wszyscy niezbyt chętni do wyjścia bo za nami trzydzieści godzin podróży z Polski. Specjalnie nie było gadania. Luis oznajmił nam, że będziemy polowali na dwa sposoby. Dwóch myśliwych na jednym pic-upie jeden strzela prawą stronę drugi lewą stronę. Pomocnicy wspomagają myśliwych lampą o wielkiej mocy. U nas nie do pomyślenia taka metoda a tu norma. Trzeci z nas miał iść na zasiadką na ambonę. Wszyscy wiedzieliśmy, że ambona jest najlepsza i największe prawdopodobieństwo strzelenia pumy. Artur zaproponował losowanie. No i kto wygrał? No kto? Oczywiście, że ja. Zawieźli mnie i mojego opiekuna takiego młodego gaucho, którego imienia nie pamiętam. Był bardzo cichy i miał genialny wzrok. Tak zwany „Sokole Oko”. Przy wodopoju została zainstalowana zanęta to jest ćwiartka antylopy. Udaliśmy się na ambonę. Była ona zrobiona z profili stalowych i obita solidnie płytą OSB a zewnątrz blachą. Mogłem sobie tylko wyobrazić dlaczego? Drabina na ambonę wykonana została z prętów a każdy szczebel dodatkowo miał na sobie obrotową nakładkę z rurki. Za pierwszym razem trochę to było dziwne jak przy wchodzeniu na ambonę szczeble obracały mi się w rękach. To po to, żeby tam się nie wdrapał kotek. Puma nazwana została „Lwem Ameryki” z uwagi na swoją „łowność” i  umiejętność prowadzenia polowania. Trzeba się jej bać bo samiec potrafi ważyć i sto kilo.

Siedzieliśmy na ambonie bardzo długo. Zastała nas noc. Na niebie pojawiło się kilka milionów gwiazd, lecz nie było księżyca. Ciemno jak cholera, pomimo tych gwiazd. Ja już nic nie widzę w lornetce. Mój gaucho co kilka minut wyciąga halogen i świeci. Coś tam w oddali przelatuje, ale za ciemno jak na moje europejskie oczy. Gaucho nie mówi po angielsku, ja nie znam hiszpańskiego więc używamy do rozmowy rąk i paru słów zwanych „internacjonałami”. Krzesło na którym siedzę już tak mocno doskwiera mojemu tyłkowi, że nie mogę już usiedzieć. Na nęcisku puchy. Wiercę się i już naprawdę czuję zmęczenie. Wiem, że siedzimy bez sensu, tracimy czas. Zastanawiam się czy nawet jakby przyszła puma to czy bym się odważył strzelać w takich ciemnościach „egipskich”. Coraz częściej myślę o łóżku i natrysku, mniej o kocie. Wreszcie tracę cierpliwość. Trącam mojego gaucho w ramię i wymownym gestem pokazuję mu że muszę się odlać. Odstawiłem sztucer w róg i biorę za drzwi ambony. Na to gaucho pokazuje mi że sprawdzi wcześniej lampą czy teren bezpieczny. Wychylił łeb i nagle cofnął się jak wystrzelony z procy. Pokazuje mi że jest od ambony pięćdziesiąt metrów puma i konsumuje królika. Przynajmniej tyle zrozumiałem, bo wydusi z siebie słowa: puma, lunch, rabbit, fifty metre. Potem pokazał niczym mim z ogromną precyzją i pieczołowitością swoich ruchów, że się wychyli, zaświeci  lampę i będzie nią szperał. Ja w tym czasie mam być w „składzie” i  podążać celownikiem za światłem. Jak ruch szperacza ustanie, to znaczy się, że jest kocur i mam go strzelać. Jak powiedział tak uczyniliśmy. Szybko przestawiłem powiększenie lunety na „4” , włączyłem czerwony punkt i dałem znak, że jestem gotowy. Szybko złapałem obraz w lunecie. Widziałem idealnie oświetlany teren. Okrąg kreślony na trawie przez snop światła przemieszczał się powoli aż w pewnym momencie stanął. Po środku okręgu zobaczyłem leżące do mnie tyłem cielsko kota pałaszującego coś ze smakiem. W krótkiej chwili puma odwróciła w naszą stronę łeb a refleksy jej ślepi zaświeciły na rubinowo. W tym momencie oddałem strzał na kark zwierzęcia. Zaznaczyła podrywając się w skoku na metr w górę i natychmiast padła martwa. Chciałem biec do trofeum napędzany euforią. Szybko zostałem ostudzony przez mojego opiekuna i wyobraźnię, której to na szczęście mi nie brakuje. Ranna puma może człowieka zgładzić jednym uderzeniem łapy. Tak odczekaliśmy stosowną chwilę co jakiś czas świecąc lampą na zdobycz. Po dwudziestu minutach gaucho wyciągnął zza spodni nóż z głownią długą na dwadzieścia centymetrów i powoli udał się w kierunku drapieżnika. Szedł jak Apacz lekko pochylony do przodu z wyciągniętą ręką, która zakończona była ostrzem noża. Nachylił się nad pumą, trącił ją kilka razy nogą, potem pociągnął za ogon i gdy był pewny, że nie żyje zawołał mnie z uprzejmością: „- Siniore, come on !” Pozbierałem zabawki i zlazłem z ambony już napełniony dumą i zadowoleniem. Gaucho rzucił mi się na szyję i począł mi gratulować. Mówił , że to samiec, duży, piękny okaz i zloty medal. Tyle przynajmniej rozumiałem z jego wypowiedzi. Zachwyt wydawał mi się też szczery. Puma była wielka, naprawdę wielka. Myślę że musiała mieć grubo ponad osiemdziesiąt kilo. Napawałem się widokiem mojej zdobyczy. Idealny strzał, bez tropienia postrzałka, padła w ogniu i taka wielka, właściwie taki wielki, bo to samiec. Były przy nim resztki jego kolacji. Nie do końca był to zając. W Argentynie żyją takie zwierzątka, dwa razy większe od zająca i to właśnie była kolacja drapieżnika. Naszą przynętę zignorował. Jeszcze godzinę czekaliśmy na transport. Po mimo mojego zmęczenia było mi przyjemnie. Nad głową wisiał prawie czarny dywan nieba z milionami gwiazd, które świeciły z różną mocą. Powietrze było rześkie a temperatura nieco spadła ale i tak było ciepło, koniec tutejszego lata. Co parę chwil wstawałem i latarką oświetlałem kota, przyglądałem się łapom, pazurom, kłom. Głaskałem go po sukni. Moje marzenie się spełniło i to pierwszego dnia. Ale jestem szczęściarzem. Najpierw wylosowałem ambonę, potem ten samiec. Fart i to duży. W duszy dziękowałem Świętemu Hubertowi a sobie w tym samym czasie zadawałem pytanie: Co ja tu będę robił dwa tygodnie? Nie wiedziałem wtedy ile przygód jeszcze mnie czeka i przyjemności.

Przyjechał po nas Pic-up. Chłopaki zapakowali moje trofeum na pakę i ruszyliśmy na rancho. Tam już czekali na nas pracownicy rancho aby oskórować pumę i zakonserwować części trofealne, czyli skórę z łapami i pazurami oraz czaszkę. Zdążyłem jeszcze sobie zrobić kilka zdjęć. Młodzi gaucho powiesili tuszę za nogi na drzewie a Artur fotografował mnie. Na razie to moja jedyna pamiątka. Chcę uprzedzić kolegów o fakcie, czy procederze, który stosują tamtejsze łowiska. Z uwagi na dużą klientelę pozwalają strzelać pumy na które jeszcze nie mają licencji. Znaczy to, ze puma trofeum trafi do nas za dwa lub trzy lata jak dojdzie nasza kolejka w licencjach. Niestety nie miłe jest to, że dowiadujemy się o tym fakcie dopiero w kraju. Nie jest to wina w żadnym razie organizatora bo on też dowiaduje się o tym bardzo późno i chłop ma problem jak ma o tym nam powiedzieć. Miejscowi rezydenci łgają i to jest u nich norma. Ja pokornie czekam aż do mnie powróci mój kocur. Inne trofea przychodzą na czas to znaczy do pół roku.

Po sesji wypiliśmy dwie butle wcześniej wspomnianego wina. Były toasty w trakcie których przyjmowałem gratulacje. Ale byłem spełniony. Dumny i usatysfakcjonowany. Dobry dzień- pomyślałem. Gdy emocje nasze trochę ostygły udaliśmy się do naszych sypialni. Zapadłem w bardzo głęboki sen już chyba w trakcie gdy kładłem głowę n poduszkę. We śnie przeżywałem jeszcze kilkakrotnie polowanie na pumę. Nawet jedna faza to było polowanie i walka z kotem wręcz. Ja uzbrojony w nóż gaucho a ona w pazury ostre jak brzytwa. Tak, zawsze to powtarzam, że każdy facet pozostaje w jakiejś części chłopcem. Jeśli nie na jawie to chociaż w swoich marzeniach sennych.

 Obudziliśmy się bardzo rano. Szybka toaleta i poszliśmy na śniadanie, które już oczekiwało na nas. Do stołu zasiadła cala rodzina farmerów i my. Podano różne specjały, wędliny własnej roboty, pieczone mięsa, pieczywo prosto z pieca. Posiliłem się obficie i sam nie wiem dlaczego ale poczułem senność. Widać zmęczenie podróżą i emocje po pozyskaniu pumy, to wszystko rozkładało mnie. Postanowiłem odpocząć. Rozpocząłem relaks kładąc się wygodnie łóżku. Moi współtowarzysze wyjechali na poranne wyjście z celem dopadnięcia jeszcze jednego kocura. Nie było ich z pięć godzin. Ja w tym czasie trochę się zdrzemnąłem, wymoczyłem się pod natryskiem, wysuszyłem swoje długie włosy i odziałem czyste ubranie i świeżą bieliznę. Wyczyściłem buty i broń.  Siedziałem na tarasie i oczekiwałem na kolegów. Pogoda była wspaniała. Ponieważ było już południe to słońce świeciło intensywnie a temperatura rosła. Wiał lekki bardzo przyjemny wiaterek, który chłodził moje ciało. Czułem się doskonale. Siedziałem wygodnie w fotelu wyściełanym miękkimi poduchami. Gospodarze przyrządzili mi yerba mate , którą popijałem przez rurkę, co chwilę uzupełniając napar wrzątkiem z termosu. Popalałem swoją ulubioną Cochibę i wiedziałem jak wygląda relaks na pampie. Zanim wrócili Jerzy i Artur to na rancho przygalopowali dwaj gaucho. Ci argentyńscy cowboy’e są doskonałymi jeźdźcami. Chociaż ich dosiad jest prosty i wygląda na nieco sztywny to wspaniale manewrują koniem i wszystko to robią w galopie. Z ogromną przyjemnością patrzyłem na nich jak pomykali na swoich wierzchowcach stanowiąc z nim jakąś magiczną jedność -koń i jeździec. Te, których dosiadali były przepięknej urody, chyba rasy angielskiej bo były duże, zgrabne o błyszczącej sierści, pięknych rozwianych grzywach i długich ogonach. Poruszały się niezwykle dostojnie. Sprawiały wrażenie trenowanych do cyrku czy na końską rewię. Uprząż i siodło w nieco tandetnym stylu, ozdobione medalikami i łańcuszkami. Później dopiero zrozumiałem, że jest to tradycja gaucho i w Argentynie tego typu zdobnictwo to jest norma. Jeźdźcy  też intrygowali swoim wyglądem. Cera ich wysmagana południowym wiatrem była śniada ale zdrowa i jędrna. Włosy kruczoczarne. Na twarzach kilkudniowy zarost, który wcale nie raził bo w Europie taki jest od kilkunastu lat w modzie. Głowy przykryte dużym typowo baskijskim beretem z wełnianego, kaszmirowego filcu z „antenką”. Koszule ze stójką z popeliny, bardzo solidne w prążki lub gładkie. Szerokie kroje z obszernymi rękawami, chyba po to, żeby nie krępowały ruchów. Na szyi zawiązana apaszka z delikatnej tkaniny, może jedwabiu, we wzory. Spodnie czarne z wysokim stanem a u dołu wąskie, ze ściągaczem, coś w rodzaju pump. Bez kantów z porządnego materiału typu gabardyna. Półbuty lekkie i miękkie ze skóry w kolorze czarnym, sznurowane z wyglądu staroświeckie. Spodnie związane skórzanym paskiem z klamrą ozdobną grawerunkiem. Wszystkie elementy ozdobne z metalu posiadały mniejszy lub większy relief.  Za pasem z tylu długi nóż a z przodu krótki. Gauczo doskonale władają nożem. Potrafią obronić się nim przed drapieżnikiem, a nawet doganiają konno swą dziką zdobycz np. barana i zakuwają go jednym kuciem nie schodząc  z konia. Czarna kamizelka, taka typowa jak do eleganckiego garnituru nadaje każdemu gauczo powagi i dostojeństwa. Chodzą dumni z głową podniesioną do góry a ich ruchy są majestatyczne. Zdecydowanie mają jakąś swoją własną odrębność kulturową, czują ją i to poczucie z nich emanuje. Jako ludzie są serdeczni, bardzo otwarci. Jest to chyba syndrom pustelnika. W podobny sposób, pamiętam, zachowywali się Finowie na bardzo dalekiej północy, gdzie sąsiada widywali raz na rok. Ci również serdecznie traktowali gościa. Jednak człowiek w głębokiej podświadomości jest zwierzęciem stadnym i towarzystwo jest mu potrzebne.

W kilkanaście minut po gaucho przyjechali moi koledzy z łowów. Nawet nie zdążyli usiąść jak Luis oznajmił, że za dwadzieścia minut odlatujemy do następnego łowiska. Trzeba było się szybko spakować i wystawić bagaże do jadalni skąd służba miała je przenieść do samolotu. Byliśmy na tej farmie niecałą dobę a pożegnanie z jej mieszkańcami było takie czułe i szczere jak znalibyśmy się od pokoleń. Może coś w tym jest? Żona właściciela rancha, miła dziewczyna w sile wieku, przy kolacji opowiadała mi, że jej babcia pochodziła z Polski. Nawet znała kilka słów. Oczywiście literackich, bo nasi podprowadzacze z następnego rancha La Colorada, przez naszych poprzedników, wyszkoleni zostali tak dobrze, że momentami czułem się jak w Polsce. Znali wszystkie słowa u nas nazywane potocznie „łaciną” i trafnie ich używali.

 

La Colorada

 

Po chwili siedzieliśmy już w awionetce. Bez większych ceregieli wystartowaliśmy. Trochę rzucało i maszyna nie mogła znaleźć stabilizacji poziomej. Gdy osiągnęliśmy wysokość przelotową to dopiero zaczęła się „polka”. Dzień był wietrzny. Nadciągały od strony Chile fronty atmosferyczne. Był koniec lata a właściwie początek jesieni. Awionetka w powietrzu zachowywała się jak listek na wietrze. Każdy podmuch, czy większy, czy mniejszy, targał samolotem utrudniając Luisowi pilotowanie. Czułem się jak w wesołym miasteczku na diabelskim młynie a czasami na karuzeli łańcuchowej. Poznałem chorobę lokomocyjną, choć w moim przypadku miała lekki przebieg, bez wymiotów. Dostałem mdłości i straciłem apetyt do końca dnia. Była to ogromna strata, gdyż w „La Colorada”  kuchnia była znakomita. Na nasz pobyt Luis przywiózł ze swojego hotelu w Santa Rosa szefa kuchni. Ten nam dogadzał kilka razy dziennie, pieszcząc nasze podniebienia.

Po kilku godzinach dramatycznego lotu i iście desperackim lądowaniu znaleźliśmy się w „La Colorada”. Tu powitali nas nasi opiekunowie czyli przydzieleni nam myśliwi zawodowi, zaraz potem spotkaliśmy Tośka i Włodka. W niewielką chwilę potem zostaliśmy zakwaterowani w pięknych i komfortowych bungalowach. Każdy z nas miał swój oddzielny pokój z łazienką i toaletą. Pojedynczy bungalow posiadał dwie sypialnie i salon z kominkiem, kompletem wypoczynkowym, TV, mini barem uzupełnianym codziennie. Krótko mówiąc bosko. Warunki na najwyższym poziomie. „La Colorada” jest bardzo ceniona w rankingach publikowanych przez Światową Organizację Safari. Zapewniam, że właściciel i pracownicy na tę wysoką ocenę zasługują w stu procentach. Tak jak wspomniałem wcześniej tego dnia podróż awionetką wykończyła mnie i musiałem regenerować siły w pozycji horyzontalnej. Już nawet zrezygnowałem z kolacji. Wypiłem parę filiżanek gorącej herbaty i starałem się zasnąć. Jednak w mojej głowie karuzela myśli nie pozwalała na to. Myślałem o pumie i o tym co jeszcze mnie tu czeka? Nie w takim stanie nie da się spać. Poczułem się trochę lepiej i pomaszerowałem do jadalni, żeby trochę poprzebywać z chłopakami. Było wesoło i sympatycznie, zresztą jak zawsze. Każdy z nich inny, ale wszyscy razem fajni i rozrywkowi. Wieczory nasze były istnym kabaretem. Tysiące kawałów, setki skeczy, no i opowieści łowieckie o polowaniach, różnych zabawnych sytuacjach i przypadkach. Po paru kieliszkach dobrego argentyńskiego wina humor był lepszy i śmiech głośniejszy. Samopoczucie budowała doskonała kuchnia. Chyba nie mam w Polsce porównania, bo każdy dzień, każdy posiłek był inny i składał się z kilku lub kilkunastu dań tak wytwornych w smaku i podanych z niespotykaną gracją . Rzucało to nas wszystkich na kolana. Szef był mistrzem. Brazylijczyk z pochodzenia, świeży żonkoś i tata. Talent miał w rękach. To on głównie był sprawcą moich osobistych trzech kilogramów, które przywiozłem z Argentyny do Polski i jeszcze się ich nie pozbyłem.

Nazajutrz rano, zaraz po wspaniałym śniadaniu został mi przydzielony jako mój opiekun Charli. Taką miał ksywę, bo jego prawdziwe imię to Carlos.  Ustaliliśmy, że tego dnia polujemy na bawoła. Do mojego Blasera założyłem lufę w kalibrze 375 HH Magnum, do niej lunetę a magazyn wypełniłem patronami „pełny płaszcz”. Lornetka, sztucer, kapelusz i jestem gotowy do wyjazdu. Wyruszyliśmy z rancho. Za samochodem unosił się jeszcze długo wielki tuman kurzu. Ziemia jest tu bardzo sucha i pylasta. Rozglądam się dookoła i widzę „ocean” pampy. Teren nieco nierówny porośnięty trawami i różnej wielkości krzakami. Bardzo rzadko spotyka się tu drzewa o niskopiennej formie. Niebo błękitne z niewielkimi chmurkami o jasnym zabarwieniu, i wszystko to oświetlone południowym słońcem. Chce się żyć. Przyroda maluje niezwykle piękne pejzaże, a słońce podkreśla kształty i kolory. Powietrze jest przezroczyste i wyjątkowo rześkie. Dopiero na horyzoncie widać jak faluje poruszane temperaturą, która od rana cały czas rośnie. Charli zatrzymuje pic-upa. Bierze lornetkę i uważnie ogląda przez nią teren po lewej stronie auta. Pokazuje mi palcem. Widzę w oddali białe rogate zwierze pomiędzy krzakami i na pewno nie jest to bawół wodny. Jest oddalone od nas dwieście może trzysta metrów. ”-To tutejszy koziorożec” mówi Charli. „Andrew, czy chcesz go strzelić?” Bez wahania mówię „-Tak”. Może za szybka decyzja? Jeszcze obserwuję zwierza przez lornetkę. Ładny okaz i ma przepiękną, śnieżnobiałą suknię. Naprawdę ciekawy okaz. -O cholera, myślę sobie, przecież mam armatnie naboje w magazynku. Mówię o tym Charliemu, ale ten wymownie macha ręką co miało oznaczać, że nie ma to znaczenia. W rzeczywistości tusze strzelonej zwierzyny nie są używane do konsumpcji, chyba że jako zanęta dla drapieżników. Wyszliśmy z samochodu i pochyleni zaczęliśmy podchodzić. Teren nierówny i krzaki drapiące i kujące. Natychmiast nogawki moich spodni do kolan zostały oblepione tutejszymi rzepami. Mają one wielkość małego grochu i krótkie, twarde jak stal kolce z harpunowym końcem. Straszne cholerstwo. Nie daj Bóg wziąć do ręki takiego rzepa. Na zasadzie doświadczenia życiowego wbił mi się taki jeden w palec to pamiątkę miałem na pół roku. Ale do rzeczy. Podchodzimy koziorożca. Już mam go na osiemdziesiąt metrów, już się składam, ale nas zwietrzył i począł uciekać. „-Spoko” mówi Charli „-Zaraz go dopadniemy”. I nie mylił się, tylko nie powiedział, że to zaraz to będą dwie godziny i zrobimy kilka kilometrów na piechotę  w czterdziestostopniowym upale. Chyba go zmęczyliśmy, bo mam go na pięćdziesiąt metrów, stoi „na blat”. Najbliższe drzewo posłużyło mi za podpórkę. Złożyłem się i oddałem celny strzał na komorę. Zwierze zaznaczyło, lecz nie padło a ja zobaczyłem grzyb kurzu po kuli penetrującej ziemię. Na boku koziorożca, na śnieżnobiałej sukni jest czerwona plama. Strzelałem do „miękkiego” stworzenia pełnym płaszczem i kula przeleciała na wylot. Nie zastanawiając się zarepetowałem i strzeliłem raz jeszcze. Koziorożec położył się. Jeszcze gratulacje Charliego, parę fotek i trzeba trofeum zawieźć na rancho, żeby nie zmarnować skóry. Młody i wysportowany Charli, nieco podobny do Banderasa, ale z postury to do Herosa, wprawnym rzutem umieścił osiemdziesięciokilową tuszę koziorożca na pace samochodu. Pojechaliśmy do obozu. Obsługa rozładowała tuszę i rozpoczęto ją bielić a ja w tym czasie płukałem swoje zaschnięte gardło piwem lokalnym, dobrze zmrożonym. To był niezły patent na pragnienie, które wywołuje tropik, browar w temperaturze jeden, dwa stopnie. Wystarczało pół szklanki na zaspokojenie pragnienia a cała szklanka (tz. małe piwo) na kompletne nasycenie się napojem. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy dalej na łowy. Objeździliśmy cały przypadający nam teren i spotykaliśmy tylko młode bawoły byki albo krowy. Pomimo zamkniętych okien to moje usta pełne były drobnego piasku, który zgrzytał mi między zębami. Wargi miałem zeschnięte a w kącikach ust sztywną skorupę z błota. Odzież też wykazywała symptomy nieświeżości  i zużycia. No i moje oczko w głowie, mój Blaser też wymagał pieszczot w postaci usunięcia kurzu, wyczyszczenia i naoliwienia. Wróciliśmy na rancho. Już zaraz po powrocie stałem pod prysznicem i zmywałem z siebie całe dzienne doświadczenie. Potem poddałem procesowi czyszczenia optykę i moją broń. O ósmej w świeżym ubraniu stawiłem się na stołówce. Stół był już pięknie nakryty. Jeszcze nie wszyscy koledzy siedzieli przy nim. Reszta dopiero się schodziła. Wszyscy byliśmy głodni, ale nie miało to wpływu na atmosferę. Doskonale się bawiliśmy. Antoni snuł swoje kresowe opowieści, które tak mocno nas wprowadzały w świat łowów, że kompletnie zapominaliśmy o bożym świecie i głodzie rzecz jasna. Przerwał to wszystko drastycznie „Szef” , który z kelnerką podawał pierwsze danie, drugi kieliszek wina, później drugie danie i czwarty kieliszek wina, piąte itd. Do deserów był wybór albo czternasty kieliszek wina albo szklaneczka whisky. Dokładnie pamiętam każdy tamtych wieczorów. Temperatura pomieszczenia była stosunkowo wysoka i po otwarciu okien robił się bardzo miły przewiew. Na zewnątrz panowała kompletna noc i nie widać było żadnych świateł po horyzont. Niebo natomiast rozświetlały miliony gwiazd. Argentyńskie niebo wyglądało zupełnie inaczej niż nasze polskie. Brak chmur powodował, że były widoczne gwiazdy bliskie i dalekie, wszystkie i dlatego widzieliśmy ich tak wiele naraz. Tak na oko to dziesięć razy więcej niż u nas. Widok ten kojarzył się z jakąś bajkową krainą. I to stanowiło pierwszy element całego klimatu wieczornych spotkań w La Colorada. Doskonale wystylizowane wnętrza na typowe myśliwskie rancho z trofeami z całego Świata, to ten drugi element. Dekoracje pomieszczeń, nastrojowe oświetlenie elektryczne, świece, meble i interesujące przedmioty, malarstwo, tkaniny, to wszystko robiło klimat sprzyjający naszemu pobytowi. Doskonała kuchnia i wykwintne alkohole koiły nasze ciała. Tak naprawdę fundamentem dobrego samopoczucia stała się nasza przyjaźń. Nigdy wcześniej nie widząc się potrafiliśmy stworzyć tak bardzo zgrany i bezkonfliktowy zespół. Nikomu nie przytrafił się konflikt, czy najdrobniejsza sprzeczka. Wyjeżdżając indywidualnie każdego dnia na polowanie, każdy z nas myślał już o wspólnym wieczorze i kolacji. Znakomita atmosfera czasami trzymała nas przy stole jeszcze długo po północy. Wspaniałe koleżeństwo myśliwych, to jest wielka wartość, którą się pamięta równie długo jak zdobycie medalowego trofeum. Często myślę o tym i dochodzę do wniosku, że moja wrażliwość na prawdziwe i czyste koleżeństwo powodowana jest jego głodem w Polsce. Czyste, to mam na myśli bezinteresowne, towarzyskie, gdzie nikt od nikogo niczego nie oczekuje, gdzie nikt od nikogo nie chce pożyczać kasy, gdzie się nie żąda poświęceń  i zależności. Nie zaznałem od żadnego z moich współtowarzyszy argentyńskich przygód niczego przykrego, najdrobniejszego gestu zawiści, czy chorej rywalizacji, zazdrości. Nie spotkałem się tu z niczym co jest w Polsce normą. I jeśli można mi zazdrościć tego wyjazdu, bo był kosztowny i zdobyłem niezwykle ciekawe trofea, to na pewno może mi zazdrościć przyjaźni i koleżeństwa z tymi chłopakami, którzy mi tu towarzyszyli. Tych wspaniałych kolacji, wieczorów, wspólnie spędzanego wolnego czasu. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o Michale, organizatorze tej wyprawy. Miał ogromny wpływ na atmosferę, jaka tu panowała i naprawdę się starał. Robił wszystko abyśmy byli zadowoleni. Bóg mu zapłać za wszystko.

 

Bawół

 

Wyruszyliśmy z Charli’m o świcie. Dzień dopiero wstawał. Wszystko budziło się po nocnej przerwie. Trawy jeszcze trzymały na swej powierzchni kropelki rosy. Nad nimi unosiła się rzadka i niska mgiełka. Bezchmurne niebo intrygowało swoją czystością barw. Subtelnie rozprowadzało po swojej powierzchni żółć promieni porannego słońca. Po daleki horyzont obraz stał się stateczny niczym wyraźna pocztówkowa fotografia krajobrazowa. Zieleń układała się w swój przyrodniczy porządek barw i odcieni. Od żółtozielonego, poprzez seledyny, jasno i ciemno zielone barwy, przecinane brązem pni i gałęzi. Cienie koron drzew i krzewów zmieniały lekko kolor traw wokół nich, lecz trwało to kilka chwil, bo nieznośne słońce przedzierało się przez gałęzie i nie dawało przyrodzie upodobnić się do fotografii. Z widoków emanowało życie objawiające się w wietrze, który wszystkim poruszał, słońcu, które rozpoczęło swoją codzienną wędrówkę i jak szperacz oświetlało ciągle nowe fragmenty krajobrazu. No i fauna. Najpierw wstawały ptaki, pięknym śpiewem oznajmiając światu że tu jest ich dom. Równocześnie z nimi wstawały owady, które czasami stawały się natrętne nie tylko wobec przybyszów z Polski. W tym samym czasie drapieżniki, czyli pumy, dzikie koty, lisy szły spać. Nasze płuca wypełniało rześkie powietrze a temperatura panująca na pampie dochodziła do siedemnastu stopni Celsjusza. Warunki idealne. Poranna rosa jeszcze utrzymywała kurz, który o tej porze jeszcze nie był taki dokuczliwy. Powoli  na pastwiska ruszyły grube zwierzęta. Wysuwały się najpierw małymi grupkami, potem formując chmary i kierdle. Widzimy w oddali stada bawołów. Bawół jest zwierzęciem wybitnie stadnym. Krowy z cielętami zbijają się w jedno stado na końcu prowadzą młode byki a byki stare są samotnikami lub żyją w grupkach po dwie lub trzy sztuki. Stada krów są nieco liczniejsze , natomiast osobnicy płci męskiej tworzą grupy maksymalnie po kilka sztuk. Są to zwierzęta bardzo masywne o krępej budowie ciała. Wzrost ich w kłębie dochodzi do dwóch metrów a waga waha się pomiędzy sześćset kilogramów a tonę, tonę sto. Mają czarną skórę porośniętą bardzo rzadką sierścią o długim i sztywnym włosie. Łeb wielki zwieńczony karbowanymi rogami o przekroju trójkątnym. Poruszają się powoli i z daleka nie sprawiają wrażenia zwierząt niebezpiecznych. Po kilku krótkich opowieściach Charli’ego nabrałem dystansu do nich i odwagę, a na pewno brawurę schowałem głęboko do kieszeni. Są one bliskim krewnym bawoła afrykańskiego. Są nawet rejony w Afryce gdzie oba te gatunki żyją obok siebie. Bawół wodny jest nieco większy od afrykańskiego no i może zrobić większe „kuku”. Są roślinożercami i trawią prawie cały czas, co za tym idzie dosyć często zostawiają po sobie ślady. W zaroślach z krzaków i buszu łatwo jest je tropić po odchodach. Prosto jest ustalić czas kiedy przechodziły i jak duże osobniki. Wolałem strzelać bawoła „na otwartym” i blisko samochodu, tak żeby mieć możliwość ucieczki. Charli zarządził podchód. Podjechaliśmy samochodem najbliżej jak się da, czyli około sześciuset metrów, postawiliśmy go w krzakach i po cichu podkradamy się w kierunku stada. Doszliśmy na właściwą odległość. Trochę się denerwuję bo nie wiem co mam robić. Nigdy wcześniej nie polowałem na takie olbrzymy, nigdy z ziemi. Wokół mnie krzaki, nic nie jest w stanie mnie chronić. Bawół zraniony to szarżuje jak czołg , nic go nie powstrzyma. Jak jest stado to można je porównać z rozpędzoną lokomotywą. Na dodatek  były w środku konsumpcji swojego śniadania i w trakcie popasu nakładały się jeden na drugiego, co uniemożliwiało mi strzał. Najlepiej bawoła strzelać jako pojedynka, co oczywiście się zdarza, bo stare osobniki prowadzą samotniczy tryb życia.  Stary byk jest też wspaniałym trofeum, ale znajdź takiego. Trzeba mieć szczęście. Tym razem nie zdecydowałem się na strzał. To też jest duża umiejętność. Powstrzymać paluch przed pociągnięciem za spust jest świadectwem mentalnej dojrzałości myśliwego. Zresztą nie ma o czym gadać, zwierzęta „złapały wiatr” i poszły przerywając jedzenie. Pozostał po nich zapach ich  świeżych odchodów i trochę kurzu. Mój opiekun nie poddawał się. Wdrapał się na jakieś zeschnięte drzewo. Tamtego stada już nie było w zasięgu wzroku, ale dostrzegł  trzy inne byki bawoła wodnego. Też się pasły i specjalnie na nic nie zwracały uwagi, bo pozwoliły Charli,emu podjechać  samochodem na  dwieście metrów. Oczywiście jechaliśmy za krzakami, tak że na pewno nas nie mogły dostrzec, ale glos diesla na pewno był słyszalny. Miały to gdzieś a ja pozostałem zadowolony z warunków, czyli krzaki, drzewo jako podpórka i bliskie schronienie w postaci samochodu. Pomimo dużego celu strzał nie był łatwy i zdawałem sobie doskonale z tego sprawę. Kaliber 375 HH Magnum posiada duży ładunek i kula ma dużą średnicę no i to co najbardziej niemiłe to potężny „kop” za czym nikt nie przepada. W magazynie siedzą pełno płaszczowe patrony. Charli wyznaczył mi cel a ja jak ten głupek oddałem strzał do byka wskazanego przez niego, który okazał się najsłabszym z całej trójki. Bawół dostał na łopatkę, zaznaczył strzał, ale nie padł tylko rozpoczął swój ostatni taniec śmierci. Widać po jego zachowaniu celne trafienie. Na znak partnera oddałem następny strzał bardziej komorowy i to był ten śmiertelny. Byk przeszedł jeszcze osiemdziesiąt metrów i położył się w krzakach. Odczekaliśmy dobre pół godziny zanim udaliśmy się na miejsce postrzału. Po farbie natychmiast znaleźliśmy zdobycz. Dochodziliśmy go z ogromną ostrożnością. Gdy znaleźliśmy się w odległości dziesięciu  metrów, Charli poprosił abym strzelił raz jeszcze w kark. Zrobiłem to i wyraźnie widziałem jak bawół zaznaczył przyjęcie ostatniej kuli. Teraz już na pewno był martwy. Urządziliśmy sobie krótką sesję zdjęciową. Zależało mi na pamiątkach no i bardzo chciałem mieć taki fotoreportaż dla kolegów z koła w Polsce. Bawoły wodne zostały kiedyś udomowione. Było to wiele tysięcy lat temu. Do tego pomysłu ludzie powrócili w czasach współczesnych tworząc rasę tz. bawoła domowego( początek dwudziestego wieku). Prawdopodobnie spłonęło to na panewce, gdyż mięso takiego zwierza dla współczesnego człowieka jest niejadalne. Antoni jak strzelił swojego bawoła to zlecił obsłudze rancha, żeby wycieli z bawoła schab a potem uprosił Szefa co by przyrządził steki. Spełniono prośbę Tośka i wszyscy zostaliśmy degustatorami steku z bawoła wodnego. Mięso przypominało zelówkę. Było nie do zgryzienia a i smak daleki od rarytasu. Mając w zasięgu ręki wspaniałą słynną na cały świat wołowinę i rekordowo smaczne, grillowane  tradycyjne steki , mięso bawoła jest rzeczywiście odpadem.

Baran somalijski

 

Po raz pierwszy w tym łowisku, należącym do Luisa pojawiły się barany somalijskie. Są to zwierzęta rzadkie i urokliwe. Mają jasno-białą suknię i czarny łeb i szyję. Ich kuzyni z Afryki żyjący na Półwyspie somalijskim nie posiadają rogów, natomiast te argentyńskie mają ślimy podobne do naszego rodzimego muflona( niegdyś też sprowadzonego z Sycylii).  Rogi są  w kolorze czarnym i potrafią wykonać nawet potrójny skręt u osobników  wiekowych. Gatunek ten zamieszkuje pampę. Noce spędza w miejscach gęsto zarośniętych krzakami a w dzień pasie się na rozległych równinach, gdzie jest dużo karmy w postaci traw i innych roślin oraz woda. Zwierzęta te zostały sprowadzone do La Colorada po raz pierwszy i to tuż przed naszym przyjazdem. Nowością były również w Argentynie tak jak ponad sto lat temu muflon w Szwajcarii. Michał, zorientowany w rzeczy, oznajmił nam, że jeszcze żaden Polak nie strzelał barana somalijskiego. I miałem chyba szczęście. Jechałem z Charli’m poprzez bezdroża pampy i jego sokole oko dostrzegło pomiędzy krzakami barana somalijskiego. Aby nie płoszyć zwierzęcia, porzuciliśmy samochód p poczęliśmy podchodzić. Baran jak to baran pasł się i nie zwracał na nas uwagi. Jak znaleźliśmy się sto pięćdziesiąt metrów od celu, to zaczął się poruszać. Widocznie nas usłyszał albo złapał wiatr. Kręcił się jakby ugryzła go osa. Teren był płaski ale nie do końca równy. Korzystając z okazji, że zwierz jest tyłem do nas wskoczyliśmy do dołu czy bruzdy w ziemi i ukryliśmy się za pniem spalonego krzewu. Przygotowałem sobie stanowisko strzeleckie, wykonałem próbny skład i już trzymałem w krzyżu cel, czekając na odpowiedni  moment. Nie nadchodził on prędko. Powoli traciłem cierpliwość, ale i poziom adrenaliny spadał i wolniej biło moje serce. Wreszcie stanął mi na blat. Myślę sobie – teraz. Pozycja strzelecka w kucki nie należy do moich ulubionych więc zmieniłem ją na pozycję klęczącą i położyłem brzuch na nasypie ziemi. Teraz byłem stabilny. Wycelowałem, sprawdziłem światło lunety, jeszcze raz cel i oddałem strzał. Baran padł w ogniu a ja zostałem pierwszym Polakiem, który zdobył trofeum w postaci barana somalijskiego. Duża satysfakcja i przyjemność być pierwszym. Koledzy gratulowali, no i wieczorem była uroczystość.

Baran teksański

 

Tego dnia było wyjątkowo gorąco. Ranek jakoś się mi „rozlazł” i zjadłem późne śniadanie, zresztą jak wszyscy, bo poprzedni dzień skończył się nad ranem w wyjątkowo miłej atmosferze. Wolałem odczekać do popołudniowego wyjścia. Do lunchu wypiłem kilka kaw i chyba litr wody mineralnej z cytryną i chyba pomogło. Wczesny obiad pozwolił mojemu organizmowi zapomnieć dzień wczorajszy. Byłem gotowy do wzięcia broni do ręki. Z łowiska wrócił Charli i zaparkował pod moim bungalowem. Od rana jeździł po terenie i tropił. Słysząc warkot diesla, uchyliłem drzwi przez które wsadził głowę mój opiekun i mówi: „-Andrew, chodź szybko jedziemy do łowiska, wiem gdzie jest baran teksański, piękna sztuka”. Na tym trofeum zależało mi bardzo, gdyż cena odstrzału jest dosyć przystępna a można zauważyć duże podobieństwo do barana marco polo zamieszkującego Azję i trudno dostępnego i jednocześnie bardzo drogiego. Nie zastanawiając się wziąłem karabin, lornetkę i udaliśmy się pic-up’em do łowiska. Było późne popołudnie, choć do zmierzchu jeszcze mieliśmy ponad dwie godziny. Słońce zmieniło kolor z żółtego, złocistego w pomarańcz, który z każdą chwilą zmierzał do czerwieni. Planeta zostawiała za sobą smugę barw rozciągających się na horyzoncie. Ptactwo donośnie głosiło zbliżający się koniec dnia. Powietrze stało. Było duszno i gorąco. Na moich plecach pojawiły się krople potu lepiąc ciało z tkaniną koszuli. Cienkie stróżki potu spływały mi z czoła do oczu. Na pobliskim drzewie spoglądał na nas czatujący na swoją zdobycz sęp. Nie mogłem odmówić sobie zrobienia mu fotografii. Przez ostatnich kilka godzin trawy wyschły na „pieprz” Charli zatrzymał auto, wyskoczył i po chwili stal na pace i rozglądał się przykładając sobie dłoń do czoła na kształt daszka. Miał miękkie ruchy i wyglądał trochę jak Indianin. Zeskoczył i oznajmił, że obowiązuje od tego momentu cisza. Dwa barany są na łące i dostaniemy się do nich idąc przez wysokie trawy. Wydawało mi się to trochę niedorzeczne, bo po pierwsze trawy szeleściły, po drugie długi dystans do przejścia, po trzecie trzeba się poruszać „w kucki”. „- Trzeba być twardym a nie miękkim” mówię sobie. Przekładam karabin przez plecy i  idę za Charli’m. Ten co kilka chwil wystawia głowę ponad trawy na wyciągniętej szyi jak struś, sprawdzając położenie celu. Przemieszczając się źdźbła trawy kruszyły się i właziły mi wszędzie, do butów, pod spodnie i za koszulę. Później przyklejały się do mojego spoconego ciała. Czując smakowity kąsek obłaziły mnie mrówki, muchy i inne owady. Szedłem dalej czując się jak na chińskich torturach. Swędzenie i drapanie dekoncentrowały mnie. Co jakiś czas moja ręka stawała na ostrej gałęzi zadającej mi ból. Podobno nikt nie mówił, że łowiectwo to łatwy chleb. Czuję na spoconej twarzy warstwę brudu. Gdy obcieram pot mankietem rękawa, to wiem na pewno , że wyglądam jak górnik. Odczuwam ból mięśni, ale widzę, że wysokie trawy się kończ i zaczyna się łąka. Zawodowy myśliwy rozstawia trójnóg. Pasuje wysokość i płynnym ruchem ręki pokazuje mi : „- Do dzieła, drogi przyjacielu”. Ustawiłem broń na pastorale i oddałem strzał. Baran zaznaczył, zresztą wyraźnie było słychać przyjęcie kuli. Charli wychylił swoją kędzierzawą czuprynę ponad trawy i rzekł: „- Dobry strzał, Andrew”. Baran już leżał. Gdy podszedłem do niego zrobić sobie zwyczajowo kilka zdjęć zobaczyłem, że jego runo jest pełne argentyńskich ostów, których lepiej gołą ręką nie dotykać. Pomyślałem sobie o Andrzeju, preparatorze jaką będzie miał zabawę z usunięciem tego g…… Spieszyliśmy się z załadunkiem, bo słońce przybrało już kolor gasnącego żaru i nastawał zmierzch. Spadła również temperatura powietrza co moja mokra od potu odzież coraz bardziej dawała mi odczuć. Gdy dojechaliśmy na rancho, udałem się prosto pod prysznic. Stałem pod natryskiem dobre dwadzieścia minut, zmywając wszystko to co się do mnie przylepiło tego popołudnia. Potem poświęciłem jeszcze kilkanaście minut dla broni i optyki. Tam gdzie występują duże ilości pyłu kwarcowego, broń należy czyścić niemal po każdym wyjściu. Szczególnie należy pamiętać o zamku i innych częściach mechanicznych, gdzie pył ten może dotrzeć. Powinno się najpierw miękką szmatką usunąć drobny pył kwarcowy i piasek wraz ze smarem, następnie dobrze wyczyścić olejem do broni i ponownie nanieść warstwę smaru zabezpieczającego. Ja osadę jeszcze dodatkowo zabezpieczałem specjalnym teflonem „Wolff”. Optykę płukałem letnią bieżącą wodą a po wyschnięciu soczewki czyściłem ściereczką mikrofazową. Zdawało egzamin. Wykonując wyżej opisane czynności nie mogłem się doczekać spotkania z kolegami przy kolacji. Każdy z tych wieczorów zostanie na długo w mojej pamięci.

Owca czteroroga

 

To zwierze jest charakterystyczne dla Ameryki Południowej. Występuje tylko tu i nielicznie w Stanach Zjednoczonych. Jest to owca o bardzo ciekawym runie i czterech rogach, dwa skierowane do góry i są nieco większe i dwa krótsze skierowane w dół. Waży około pięćdziesięciu do sześćdziesięciu kilogramów i ma osiemdziesiąt do stu centymetrów w kłębie. Wygląd jak z nie tego Świata. Znawcy twierdzą, że jest to naturalna krzyżówka owcy domowej i muflona. Jak ją pierwszy raz zobaczyłem to też pomyślałem, że jest to jakiś dziwoląg i raczej wybryk natury a nie gatunek. W stanach podobno wyhodowano takiego czterorogowca drogą różnych krzyżówek też przy „użyciu” muflona. Tak więc owca wielodrogowa stanowi jedną z atrakcji polowania w Argentynie i każdy myśliwy, który tu przyjeżdża pragnie ją pozyskać. Owce nie są bardzo płochliwe i nie jest problem je podejść. Problem jest w znalezieniu odpowiednio ładnego trofeum. W przeciętnych łowiskach zajmuje to zwyczajowo kilka dni. A jeśli ktoś ma szczęście to tak jak ja strzeli przy okazji polowania na inne gatunki. To był ten moment kiedy już byłem zrelaksowany i nie odczuwałem żadnego „ciśnienia” , że muszę coś strzelić. Najważniejsze dla mnie trofea już miałem i cel tej dalekiej podróży osiągnąłem. Teraz jeździłem z Charli’m mając w pogotowiu i sztucer i foto kamerę. Zrobiłem przez te kilka dni ponad dwieście fotografii. Uwieczniłem z okna samochodu i bawoły i lamy i daniele. Miałem spotkanie z przepięknymi jeleniami bykami, które nałożyły złoto medalowe wieńce. Sfotografowałem krajobrazy i przyrodę. Starałem się w moich obrazach pokazać klimat i pogodę pampy. Przyjąłem zasadę wielu zdjęć. Nie jestem w fotografii zawodowcem więc „klepię” setki zdjęć a po powrocie do domu wybieram z tego trzydzieści procent, resztę „puszczam z dymem” i z tych trzydziestu procent kilkanaście fotek to naprawdę zawodowstwo. Zdradzam swoją tajemnicę dlatego, bo wiem , że tak robi niejeden z moich kumpli. Tego dnia jeździliśmy głównie robić fotki i nagle Charli zdębiał. Popatrzył w bok i energicznym ruchem sięgnął po lornetkę. Długo przez nią patrzył. Tu w łowiskach wszyscy zawodowi myśliwi maja lornetki na specjalnych gumowych szelkach. Normalnie sprzęt przylega do ciała i nie przeszkadza w komunikacji. Rozciągając gumę bez problemu można używać lornetki. Nie chwaląc się też jestem posiadaczem takiej uprzęży. Dostałem ją kiedyś od Grześka z ul. Ptasiej. Widząc co robi mój podprowadzający począłem również obserwację. Rzeczywiście w oddali pasły się cztery owce, te argentyńskie dziwolągi. Podjechaliśmy stosunkowo blisko. Bez problemów podeszliśmy stado na sto, może sto dwadzieścia metrów. Złożyłem się do strzału opierając sztucer na trójnogu, wycelowałem i strzeliłem, trafiając owcę na komorę. Padła w ogniu pisząc jeszcze tylną cewką testament. Użyłem mojego ulubionego kalibry 7 Rem. Mag. Większość strzelanych tu zwierząt , właściwie wszystkie zostawały w ogniu. Doskonały kaliber, polecam wszystkim wymagającym. Gdy doszliśmy tuszę to oczywiście sesja pamiątkowych fotografii.  Potem to już tylko jazda do bazy.

Wieczorem zebraliśmy się jak co dzień w naszej stołówce. Każdy zdał relację ze swojego dnia w łowisku. Kto miał trochę fantazji, to ubarwiając swe opowiadanie, czynił je ciekawszym i bardziej emocjonującym. Potem przechodziliśmy do starszych zdarzeń. Czas biegł szybko i nikt się nie nudził. Żal było się rozstawać i siedzieliśmy tak często do późnej nocy. Gwiazdy wtedy wchodziły nam przez okna, przynosząc upragniony chłód. Przewiew przynoszący nam świeże i rześkie powietrze z łąk pozwalał na doskonałe samopoczucie oraz na pewno wpływało ono dodatnio na późniejszy sen. A sen był potrzebny każdemu z nas.

 

Blackbock

 

Nie mam pojęcia skąd się wzięła ta nazwa ale tak nazywa się w Argentynie małą antylopę, jedyną jaka tu żyje i naprawdę niezwyklej urody. Suknię ma trzykolorową i krótką sierść. Piękne, stosunkowo wysokie rogi spiralnie skręcone i stojące pionowo. Jest wielkości dużej, europejskiej sarny. Waga do dwudziestu pięciu kilogramów. Zachowuje się podobnie do antylop afrykańskich, czyli jest bardzo płochliwa. Ma genialny słuch, wzrok oraz węch. Z moich doświadczeń w podchodzeniu tej antylopy mogę stwierdzić, że najlepiej rozwiniętym u niej zmysłem jest wzrok. Najmniejszy ruch powodował ucieczkę stada. Również zaobserwowałem, że antylopa po porannym obfitym popasie robi sobie południowe leżakowanie, wygrzewając się w pełnym słońcu gdzieś na łąkach. Jeśli leży w wysokich trawach to jest niewidoczna, ale jeśli odpoczywa na piaszczystych ugorach, których też jest sporo na pampie, to można ją zlokalizować i stosunkowo najłatwiej podejść. Warunek jest, że podchodząc mamy za czym się schować i być niewidocznym dla blackbocka. Można ryzykować daleki strzał, co jest tutaj dozwolone. Oczywiście strzela się tylko do zwierzęcia stojącego.

To było wyjątkowo gorące popołudnie . Żar lał się z nieba. W zasadzie to Europejczyk w taki dzień winien siedzieć w domu, w klimatyzowanym pomieszczeniu i popijać dobrze schłodzone piwko. A my z Charli’m , który nie jest Europejczykiem i chyba dlatego wybraliśmy się na trudne polowanie na blackbocka. Stosownie do upału miałem na sobie szorty safari i koszulę z cienkiej popeliny z podwiniętymi wysoko rękawami i podpiętymi na patkę. Oczywiście z tego wszystkiego trafiłem z butami, bo były wysokie i miałem długie grube skarpety. Mój opiekun zaciągnął mnie w najtrudniejszy rejon łowiska. Wcześniej wytropił antylopy i teraz jechaliśmy na pewniaka. Gdy je dostrzegł, odstawił samochód i ruszyliśmy piechotą w stronę stada. Szliśmy zaroślami z ciernistych krzewów. Każdy krzak miał niemiłosiernie ostre i długie kolce. Krzewy atakowały nimi moje ciało, a dla mnie była to istna droga krzyżowa gdyż każdy krok to nowe ukucie i nowa rana. Zaciskałem zęby z bólu i szedłem dalej i dalej. Charli widział moje cierpienie bo trudno było ukryć grymas na mojej twarzy. Trochę począł mi pomagać odgarniając co większe gałęzie. On był lepiej przygotowany bo miał długie i grube spodnie i odpowiednią brezentową kurtkę. Powtarzałem sobie w duchu: „- Jestem twardzielem, jestem twardzielem, wytrzymam te wszystkie ciernie, muszę opanować ból”. Chyba się udało bo podeszliśmy antylopy na dwieście metrów. Byłem kompletnie mokry od potu. Strużki spływały mi z pleców, nóg, rąk prosto w rany po cierniach i powodowały szczypiące podrażnienia. Ból i zmęczenie zamroczyły na chwilę mój umysł. Przecież można odpocząć i podejść antylopy na bezpieczną odległość stu metrów. Przedstawiłem pomysł Charli,emu. Uśmiechnął się i rzekł, że to nie ma sensu ponieważ stado nas zobaczy i zwieje. „- Andrew. Odpocznij i będziesz strzelał stąd” rzekł rozkazującym tonem. Ok. Intensywnie stabilizowałem oddech i relaksowałem umysł a o bólu starałem się zapomnieć. Minęło piętnaście minut. W czasie mojego odpoczynku gaucho obserwował stado przez lornetkę. Właśnie zobaczyłem jego prawy kciuk uniesiony do góry, co znaczyło, że już czas. Rozstawił mi trójnóg. Złożyłem się na próbę ale cholera coś nie dobrze. Lata mi karabin góra – dół, Sam nie wiem czy ze zmęczenia czy z upału a może pozycja klęcząca na jednym kolanie nie jest dla mnie. Po sekundzie przywlekł jakiś gruby korzeń czy kawałek pnia, poszerzył rozstaw trójnogu i z wspomnianego pnia przygotował mi podpórkę pod prawy łokieć. „- O teraz to malina, mogę strzelać na pół kilometra”. Teraz już trzymam stado w obiektywie lunety. Są tam dwa osobniki o interesujących i wysokich rogach. Upatrzyłem sobie jednego, ale muszę czekać. Antylopa wstaje na krótką chwilę potem znowu się kładzie. To wstają dwie czy trzy i stają na zakładkę. Cholera mnie bierze po czas leci. Jestem już w tej strzeleckiej gotowości ponad pół godziny i nic. Trzeba być jednak cierpliwym i to bardzo. Trzeba również panować nad nerwami i drobnymi niedogodnościami. Wtedy na pewno przyjdzie nagroda tak jak do mnie. Wreszcie moja upatrzona sztuka stanęła mi na strzał. Ustawiła się pięknie na blat, wyprężyła całe ciało i podniosła łeb do góry. Wokół niej pusto. Idealny moment ale i trema nie puszcza bo antylopa mała a dystans ponad dwieście metrów. Mocno oparłem się łokciem o korzeń, jedno kolan zaparłem w ziemię a stopą drugiej nogi zrobiłem stabilną przeciwwagę. Karabin ustawiłem na pastorale i osadę mocno przycisnąłem do ramienia. Stworzyłem monument :ja, statyw i karabin. Wycelowałem, odczekałem aż zwierze stanie nieruchomo, wstrzymałem oddech i strzeliłem. Antylopa położyła się w ogniu. Po chwili znaleźliśmy się przy tuszy. Piękny okaz, chyba strzeliłem najładniejszego blackbocka na La Colorada. Byłem dumny i zadowolenie nie opuściło mnie już do wieczora. Już od tego momentu czułem się spełniony. Strzeliłem wszystko co było możliwe nawet pumę. Czego więcej chcieć, mam pełną satysfakcję z pobytu. Teraz tylko czekać na gratulacje kolegów w Polsce. Jerzy powiedział takie przysłowie, które mnie bardzo rozbawiło, a zatem: „Gratulacje od kolegi myśliwego są grzecznościową i łagodną formą wyrażenia zazdrości”. Coś w tym jest, choć nie dotyczy to na pewno wszystkich.

 

San Carlos de Bariloche

 

Pewnego upojnego wieczoru, gdy byliśmy wszyscy po wyśmienitej kolacji i argentyńskie wino wspomagało nasze procesy trawienne, rozpoczęła się dyskusja na temat łowieckich dokonań w trakcie tego wyjazdu. Ja byłem całkowicie spełniony i już nie miałem planów na dalsze pozyskanie gatunków. Polowanie na ptaki mnie nie interesowało. Tu ma ono wymiar hurtowniczy i strzela się do wszystkiego np. papug, dzięciołów itp. W ofercie było jeszcze polowanie na kapibary, ale to też mi wydawało się mało atrakcyjne. Kapibara jest największym gryzoniem zamieszkującym nasz glob. Waży do pięćdziesięciu kilogramów i jest długa na sto do stu trzydziestu centymetrów, w kłębie około osiemdziesięciu. No normalnie „wielki szczur”. Polowanie na gryzonie z karabinem wydawało mi się mało poważne. Co innego Michał, ten polował z łukiem. Odmówiłem obydwu „atrakcji”. Tego wieczoru odwiedził nas właściciel rancho Luis  z narzeczoną. Już nie pamiętam od kogo, ale padło pytanie o atrakcje w Argentynie, ciekawe miejsca. Zaraz pojawiła się na stole bilardowym mapa kraju i Luis pokazywał paluchem te ciekawe miejsca, warte odwiedzenia. Największe zainteresowanie wykazywał Artur. „- To dobrze” pomyślałem sobie „-Bardzo dobrze, będę miał kompana” Deklaracja wyjazdu w Andy nastąpiła błyskawicznie. Już po pół godzinie mieliśmy zorganizowany transport samochodowy w Andy, rezerwację biletów do Buenos. Wszystko po prostu perfekt. Wczesnym rankiem po śniadaniu zapakowaliśmy się do osobowego auta bez klimatyzacji i ruszyliśmy w szesnastogodzinną podróż . Celem był kurort nad górskimi jeziorami San Carlos de Bariloche. W Argentynie jest mało dróg, jeszcze mniej asfaltowych a dobrych prawie nie ma. Podziwialiśmy z okna samochodu krajobraz. Rozległą zielono-żółtą pampę, maleńkie osady w których wyrostki grali w „nogę”, farmy z tysiącami sztuk bydła pasącego się na ogromnych przestrzeniach, niewielkie miasta i częste kontrole policyjno- sanitarne. Kraj piękny, wielki ale i biedny. Ubóstwo wyraźnie można było spotkać na prowincjach, wsiach. W dużych miastach i stolicy był przeciętny poziom europejski.

Jak dojechaliśmy do celu to jeszcze dobra godzinę szukaliśmy wolnego pokoju hotelowego. Znaleźliśmy chyba najdroższy w tym mieście aż za całe sto dolców doba, ze śniadaniem. Zmęczeni podróżą szybko poszliśmy spać, ale już przy śniadaniu poczęliśmy knuć plany na zwiedzanie. Nie obyło się bez wypożyczenia samochodu. Nie był to Jeep, tylko coś w średniej klasie miejskiej marki GM. Nie zamierzaliśmy jeździć po terenie i ta oferta zupełnie nam wystarczała, a i cena była niewielka. Odwiedziliśmy jeszcze kilka miejscowych biur turystycznych, gdzie przeprowadziliśmy wywiad, potem ustaliliśmy marszrutę na całe trzy dni i w drogę.

Wszystkie posiłki jedliśmy w restauracjach. Zawsze w innej, gdyż Artur miał wielką potrzebę poznawania nowych miejsc, nowych smaków i klimatów. Chętnie mu towarzyszyłem, bo sam również czerpałem z tego przyjemność. Znaliśmy się krótko ale zawiązała się między nami nić przyjaźni a na pewno koleżeństwa. Spontanicznie bywaliśmy zgodni we wszystkich planach, pomysłach i sposobach na spędzanie czasu czy zwiedzanie. Ja jestem smakoszem i on również. Tak wymiana opinii na temat jedzenia, kuchni w poszczególnych restauracjach bywała twórcza. Muszę szczerze przyznać, że Argentyna jest jednym z tych miejsc na świecie, gdzie jest tradycja kuchni. Można tu nawet wyodrębnić hasło do encyklopedii kulinarnej „kuchnia argentyńska”. Coś wspaniałego i niepowtarzalnego. Oczywiście na pierwszym miejscu należy wymienić słynne na cały świat steki. W zależności od miejsca porcja zaczynała się od czterystu gram do ośmiuset. Ogromna porcja wolowego mięsa, wspaniale grillowanego, naprawdę nie do przejedzenia. Biorąc pod uwagę dodatki i przystawki to posiłki powalały z nóg swoją objętością. Zaskakiwały największych żarłoków. Muszę tu wspomnieć o prawdziwie niebywałym smaku mięsa. Sam nie wiem czego to zasługa, czy gatunku wołowiny, czy marynaty, czy sposobu grillowania, a może wszystkiego razem. Za posiłki w restauracjach płaciliśmy relatywnie niewiele. Dla przykładu za kolację na dwie osoby ze stekami wielkimi jak łapa Pudziana, przystawkami, sałatkami i winem zapłaciliśmy niecałe czterdzieści dolarów z tipem. Rozkosz dla podniebienia. W Argentynie wszędzie było smacznie. Przez cały pobyt nie zdarzyło mi się trafić na słabe jedzenie. No i wina, nawet te tanie były ciekawe i wyrafinowane. Czasami z Arturem braliśmy butelczynę „reserve” i celebrowaliśmy każdy łyk. Kelner wcześniej zamówione wino przelał do specjalnej karafki i z niej napełniał nasze kieliszki. Chyba z naszych twarzy emanował zachwyt nad interesującym smakiem bo właściciel restauracji następną butelkę postawił nam gratis. Doceniając szlachetny smak wina zrobiliśmy wielką radość restauratorowi i pięknie się nam zrewanżował. Jest to jeden z licznych dowodów na to, że Argentyńczycy są narodem szczerym, przyjaznym i bardzo otwartym. Za codzienną uprzejmość, życzliwość i rzetelne katolickie wychowanie dają się lubić.

Przez dwa dni zrobiliśmy po Andach osiemset kilometrów wypożyczonym samochodem. Głownie podziwialiśmy piękno gór i krajobrazów. Skały, które tworzą góry są geologicznie stare a czas i warunki atmosferyczne postrzępiły nadając im przedziwne kształty, tworząc naturalne rzeźby. Wspaniałe dzieło przyrody. Jedne przypominały zamczysko średniowieczne na szczycie góry, inne stare prehistoryczne zwierzęta a jeszcze inne ramie zakończone pięścią. Czasami pojawiały się wodospady i w pianie wody opowiadały jakąś historię. Typowo górska roślinność urozmaicała krajobraz zasłonięty skalami. Słońce, które tutaj szalało, niczym obrotowa lampa w dyskotece, wprowadzało niesforną motorykę obrazu tworząc efekt kalejdoskopu. Drogi i domostwa, gauczowie, konie, cywilizacja  byli tu jak na starych fotografiach sprzed stu lat. Nawet ubrania, kapelusze napotykanych tu ludzi trącały myszką. Dziewiczy kraj, który nas zachwycał i pobudzał wyobraźnię wykuwając niebezpieczne i nierealne myśli. Chciałoby się tu zostać na rok, dwa trzy. Niestety to w naszym przypadku nierealne. Ale jeśli ktoś chce uciec od przyjaciół, rachunków ,telefonów to niech nie wsiada do pociągu byle jakiego tylko niech przyjedzie w Andy. Zjeździliśmy parki narodowe, gdzie przyroda zostawiona jest sobie. Nie ingeruje tu człowiek. Wszystko samo rośnie, rozmnaża się i umiera a szczątki trupa przyrody są podwaliną, nawozem czy pokarmem dla nowych generacji. Nie reguluje się tu strumieni, rzek, jezior. A człowiek może tylko patrzeć i zachwycać się tym co utracił bezpowrotnie. Artur i ja, wielcy miłośnicy przyrody oglądaliśmy to z podziwem i nostalgią. Potrafiliśmy docenić wartość tego wielkiego pomnika przyrody a co za tym idzie czuliśmy mocno przemijanie i upadek równowagi ekosystemu światowego. Trochę to nas  nastrajało melancholijnie i prowokowało do przemyśleń. Dużo rozmawialiśmy i sam nie wiem jakim cudem często wchodziliśmy w sferę poważnej dyskusji. Artur okazał się wspaniałym kompanem i partnerem nie tylko polowania ale i turystyki, przygody , dalekiej podróży. Posiada wiele pozytywnych cech, które są pomocne w koegzystencji w grupie. Życzę wszystkim kolegom znajomym i nieznajomym aby nad takimi cechami pracowali i jeśli ich nie mają to niech je jak najszybciej adaptują. Uzdrowiłoby to sytuację w Kołach Łowieckich a i pewnie w całym Związku. Otóż jedną z podstawowych wartości Artura to wysoka kultura osobista, druga równie ważna to tolerancja, trzecią która stwierdziłem to uczciwość a następnie to koleżeństwo, przyjaźń, wrażliwość na piękno, poczucie estetyki. Cechy te generowały w swojej konsekwencji inne pozytywne, o których nie będę pisał. Puentując, niech każdy z was trafi na takiego partnera do polowaczki jak Artur, a będziecie wspominali pobyt bardzo długo. Arturze, i tak nie jestem w stanie wszystkiego oddać słowami, ale jeśli kiedyś przeczytasz moje opowiadania to wiedz, że dziękuję Ci.

 

Buenos Aires

 

Po pobycie w górach, samolotem przylecieliśmy do Buenos o dzień wcześniej niż cała grupa. Zaczęliśmy od zwiedzania miasta i fotografii. Zarówno w moim jak i Artura zamyśle było zrobienie zdjęć reporterskich, oddających pewną rzeczywistość miasta. Jednocześnie powstawały też foty pamiątkowe, pozowane. Mieliśmy przewodnika i kierowcę mówiącego jedynie po hiszpańsku i ani w ząb po angielsku. Komunikacja, werbalna rzecz jasna była trudna jak rebus. Nigdy nie mieliśmy pewności czy dobrze nas rozumie. Chyba szybko się do tego przyzwyczailiśmy. Choć do dzisiaj wspominam sobie jak tłumaczyliśmy mu , ze chcemy zobaczyć stare miasto i to nam nie wyszło. Zawiózł nas w jakieś slumsy. Łaził za nami jak ochroniarz, stał i czekał przed knajpami, również przed hotelem coś na wzór Gina z Lampy Alladyna. Przy okazji był trochę tępy ale usłużny i uprzejmy.

Buenos jest miastem wspaniałym. Czuje się tam klimat, który tworzył historię Ameryki i Świata. Gdy stanąłem naprzeciw bramy wejściowej do Pałacu Prezydenckiego, unosząc lekko głowę do góry, ujrzałem balkon z rudego kamienia, w wyobraźni spostrzegłem Eve Peron, przemawiającą do tłumów. Poczułem wrzawę jej zwolenników, ten gorący klimat, wielkość miłości i związku jaki może stworzyć para prezydencka z narodem. Znając smutne zakończenie tej historii, łza zakręciła mi się w oku. I właśnie takich miejsc w Buenos jest wiele. Oczywiście były w programie restauracje. Gwoździem naszego pobytu miało stać się nocne „Tango Show”. Zrobiliśmy za pośrednictwem hotelu rezerwację stolika i wieczorem o dziesiątej wybraliśmy się do lokalu. Można dyskutować o poziomie, ale było to doświadczenie nowego klimatu. Program przygotowany został multimedialnie. Oznacza to, że muzyka była żywa, taniec przygotowany przez doskonałego choreografa i wykonywany przez profesjonalnych tancerzy. Widowisko wspomagane było starymi filmami pokazującymi tango argentyńskie. Filmy wyświetlano na specjalnych ruchomych ekranach, sterowanych przez operatora. Na filmach zobaczyliśmy narodziny tanga i jego mistrzów na przestrzeni ponad stu lat. Tancerze na scenie wykonali swój program z mocno podkreśloną manierą tanga argentyńskiego. Znaczy to, ze typowe figury i triki zostały przejaskrawione tworząc nieco komiczne widowisko. Ale warto było bo wszystko razem, czyli wnętrze restauracji, zastawa, stroje kelnerów, taniec, muzyka, jedzenie, wino, posadzka, to umożliwiło nam podróż w przeszłość i też zostanie w naszej pamięci. Następnego dnia dotarli do nas Jerzy, Tosiek, Włodek i Michał niebosko zmęczeni. Jechali całą noc samochodem w ścisku i niewygodzie. Musieli trochę się przespać. Twardziele, bo za dwie godziny wyglądali jak nowi i wspólnie ruszyliśmy na zwiedzanie Buenos. Tego dnia wieczorem wyruszyliśmy w drogę powrotna do domu.

 

Andrzej Niewiadomski
 
Reklama