Pilna wiadomość

 

07-09.04.2017
Międzynarodowe Targi Łowieckie
EXPOHunting

 

 

Menu Klubowicza

ABC Safari - pamięci Janusza Sikorskiego

ABC Safari

Opowiadanie Andrzeja Niewiadomskiego zadedykowane pamięci Janusza Sikorskiego

Afryka

wyprawa w 2008 roku.

Jak, kiedy i gdzie?

Wyprawa do Afryki zaczyna się na wiele miesięcy przed wyjazdem. Najpierw w marzeniach. Człowiek myśli o polowaniu na Czarnym Lądzie coraz częściej. Później ma sny, piękne i kolorowe niczym kino akcji. Ten etap jest trochę męczący bo wprowadza odrobinę chaosu. Wreszcie przychodzi czas na przegląd publikacji. Pożycza się książki o Afryce, część się kupuje i pochłania wieczorami i nocami. I właśnie to (wiedza z książek) jest pierwszym krokiem. Człowiek siada w swym ulubionym fotelu i w świetle lampy pochłania wiedzę. Ważny jest ten klimat, światło z żarówki i wygodne siedzisko. Moje ma ze sto lat i pochodzi z Anglii. Jest jak wehikuł czasu. Jak w nim siedzę to marzenia stają się barwne, nabierają smaku życia, jednocześnie układają się same w plan na przyszłość. Ot i magia mojego starego, angielskiego fotela. Mówię Wam nie jest to zwykły kolonialny „chair”. Ma swoją historię i tworzy nową. Tak jak już wspominałem siadam i w świetle żarowym  mojej lampy czytam. Nie jest to też zwykle czytanie, bo takie nie rozwija wyobraźni. W moim przypadku do książki wystarczy szklaneczka szkockiej (bez dodatków rzecz jasna) i cygaro. Moim ulubionym jest Cochiba. Kubańskie i nie za mocne. Mając to o czym wcześniej napisałem pożeram wiersze tekstu. Czasami zatrzymuję czytanie aby móc marzyć chwilę dłużej. Jakiś opis czytam dwa lub trzy razy i delektuję się nim jak wybornym trunkiem. Tak mijają wieczory i  tygodnie. I nareszcie jest w głowie upragniona wizja. Wiem gdzie chcę jechać i po co. Na pewno polowanie i na początek Namibia. Są tu antylopy, które mogą kapitalnie zainicjować afrykańskie trofea, tu także żyje stepowa zebra, piękna skóra i klasyka safari. W najskrytszych marzeniach gepard. Duzy szybki kot i wspaniałe trofeum. Kolejne tygodnie spędzam na lekturze biologii interesujących mnie gatunków. Sięgam nawet po opowiadania i reportaże z Namibii. O rany!  Nawet się nie spodziewałem ile tego jest. Docieram nawet do filmu DVD. Oglądam go jednym tchem. Film przybliża mi polowanie i zapala we mnie ogień. Chcę jechać, postanowiłem. Ale z kim, jakie biuro polowań mam wybrać? Jest przecież na naszym rynku wielu nieuczciwych organizatorów. Nawet jednego dobrze poznałem. Wiele ma drań na sumieniu, ale nie warto wspominać jego osoby przy tak  miłym temacie. Rozpytuję znajomych, szukam w Internecie, szukam w zasobach mojej pamięci. Miałem parę miesięcy wcześniej kontakt ze wspaniałym preparatorem z Bytomia. Przypominam sobie, że wspominał mi o jakimś organizatorze, uczciwym i sprawdzonym. Dzwonię natychmiast do Andrzeja, który kontaktuje mnie z Michałem. Michał jest właśnie tym organizatorem. Kojarzę go z reklamami w „Łowcu Polskim”. Gadamy przez telefon ponad godzinę. Nie znam faceta, ale wydaje mi się miły. Jest sympatyczny, ma budzący zaufanie, choć lekko chrypiący głos. Jest młody i prowadzi „Firmę”  z ojcem. Proszę go o możliwie maksymalną ilość informacji na maila. Materiały nadchodzą jeszcze tego samego dnia. Wnikliwie je przeglądam, analizuję i podniecam się wyjazdem coraz bardziej. Jest to cholernie miłe uczucie, jak marzenia zaczynają przybierać postać żywą. Czujesz się może jeszcze nie spełniony ale spełniany. Jesteś w trakcie, wierzcie mi ,to jest też bardzo przyjemne. Nie byłbym sobą, gdybym nie szukał alternatywnych wyjazdów i innych biur polowań komercyjnych. Musiałem mieć tz. ogląd sytuacji w zakresie usługi, ceny, terminów no i co najważniejsze oferty miejscowych farm. Spędzam na tę okoliczność kilkadziesiąt godzin w Internecie. Robię to z przyjemnością, bo ciągle dowiaduję się nowych rzeczy, moja wiedza jest ciągle większa i rozleglejsza w temacie namibijskich polowań. Robię tabelki porównawcze cen i warunków, taki mój prywatny ranking. W efekcie wybieram ofertę Michała. Ważna jest dla mnie jego rekomendacja, a również rekomendacja Andrzeja- preparatora z Bytomia. Zgłaszam Michałowi swoją deklarację wyjazdu. Michał załatwia wizę do Namibii i bilet samolotowy. Jest ustalony termin wyjazdu. Miała jechać grupa kilku myśliwych. W ostatniej chwili dowiaduję się , że lecę sam. Ok. mówię, nie ma tego złego……….. Mam większe szanse na geparda.

Przygotowania.

Teraz zaczyna się drugi etap przygotowań. Trzeba podreperować szafę z ciuchami safari. Parę profesjonalnych rzeczy mam, bo przecież nie dawno byłem na polowaniu w Argentynie. Afryka jednak ma swoją specyfikę. Tu jest trochę inny klimat. W czerwcu jest tu zima i noce są chłodne. Trzeba pomyśleć o czymś ciepłym na poranne polowania. Ważne jest również , aby odzież wierzchnia (spodnie i bluza czy koszula) były z mocnego i odpornego materiału. Krzewy tu mają okrutne ciernie i rwą na człowieku wszystko jak drut kolczasty. Potrzebne jest również obuwie specjalne, w miarę lekkie lecz wysokie i szczelne. W czasie namibijskiej zimy bardziej aktywne sa tutejsze węże a dobre obuwie przed nimi ochroni. Zresztą o wyprawce napiszę dalej. Korzystając z książek i doświadczeń moich poprzedników na Czarnym Lądzie ,ruszyłem na zakupy po warszawskich sklepach myśliwskich. Z przykrością muszę powiedzieć, że oferta jest symboliczna. Jeden pełny zestaw safari kupiłem w M.K. Szuster na Waszyngtona w Warszawie, resztę dokupiłem w „Kalibrze” na ul.Kolbego. Mam pełny zestaw safari. Dwa komplety. Wieczorami oglądam moje zakupy, rozmyślam nad realiami w Namibii. Dumam co wziąć a czego nie brać. Etap kompletowania ekwipunku jest również twórczy. Człowiek wyobraża sobie różne ewentualności, różne zasadzki i niewiadome. Boimy się zaskoczenia. To przecież naturalne. Dla mnie przygotowanie ekwipunku to także powód przyjemnych marzeń i rozmyślań. Snucie planów, po prostu frajda. Później przyszła kolej na karabin. Najpierw dokładnie wyczyściłem mojego Blasera. Osadę dokładnie zaolejowałem, tak na wysoki połysk. Mój jest w standardzie Attache i ma bardzo ładne drewno na osadę. Po moich „ namiętnych pieszczotach” wyglądał jak egzemplarz wystawowy. Następnie wszystko pokryłem specjalnym teflonem konserwacyjnym do broni „Wolff” i każdą część z osobna zapakowałem w oddzielny firmowy woreczek z bawełny i skrupulatnie ułożyłem w walizce podróżnej Blaser’a. Do wszystkiego dopakowałem składany wycior Beretta z końcówkami ,maleńkie pudełeczko smaru, maleńkie Wolffa, olej Beretta oraz lunetę Swarovski. Walizeczkę zamknąłem i zaszyfrowałem zamek. Amunicję 7 mm Rem. Mag. W ilości 40 sztuk zapakowałem do oddzielnego hermetycznego pojemnika i do bagażu zasadniczego. Jeszcze tylko trzeba zobaczyć, czy nie zapłacę na lotnisku za nadbagaż. Waga łazienkowa mało precyzyjna, ale biorę poprawkę na błąd. Jest Ok. Nie przekroczyłem limitu. W bagaż podręczny pakuję lornetkę, kamerę video i aparat, ciepłą kurtkę i drobiazgi na drogę. Wcześniej kupiłem specjalną kieszeń na pasku, w którą wkładam paszport, wizę i karty kredytowe, kasę, bilety lotnicze, pozwolenie na broń i inne dokumenty. Kieszeń tą zakłada się pod koszulę i ma ona chronić nas przed złodziejem. Patent niezły i myślę, że nie jednego złodzieja wywiódł w pole a właściciela kieszeni uchronił od strat. Jeszcze raz sprawdzam to wszystko. Parę chwil zastanowienia. Jeszcze chwila skupienia, wytężam intelekt. Ok. Jest wszystko. Mogę startować.

Podróż.

Żona wiezie swojego bohatera na lotnisko Okęcie. Mamy niedaleko z Radości na lotnisko ok. 60 minut. Przez drogę rozmyślam, czy aby wszystko spakowane, czy nie zapomniałem o czymś, jakimś drobiazgu. O, już jesteśmy, zleciało szybko. W samochodzie czule żegnam się z żoną. Wysiadam  i udaję się do odprawy bagażu. Potem odprawa celna i graniczna broni. Numery się zgadzają, wszystko jest w porządku. Jeszcze raz sprawdzam zawartość kufra na broń, układam, zabezpieczam przed uszkodzeniem. Mam taki swój sposób, utykam w puste miejsca paski gąbki. Zdaje egzamin, szczególnie w przypadku lunety celowniczej. Podróż daleka i z przesiadkami. to bagaże foliuję. Szczególnie kufer Blasera. Mój nowy nabytek. Jest z tworzywa obciągniętego bardzo miękką skórą zamszową. Szkoda go szybko zniszczyć. Broń i bagaż w którym jest amunicja zostają zapieczętowane a następnie wyposażone w specjalne zawieszki i odprawione bezpośrednio do Windhoeku. Wszystko gra. Jestem po odprawie, jeszcze parę drobiazgów na „bezcłówce” i za chwilę lecę do Frankfurtu.

Frankfurt ,duże lotnisko, dosyć dobrze zorganizowane. Kto tu jest pierwszy raz może się zagubić. W takim przypadku często trzeba korzystać z informacji. Punktów informacyjnych jest tu wystarczająco dużo. Nagle dowiaduję się, że dzisiaj nie lecę do Windhoeku. Z przyczyn technicznych lot jest przełożony z 02 czerwca 21-00 na 03 czerwca 07-00 rano. Wkurzyłem się na taką wiadomość. Tłumaczę sobie, że może i dobrze jak jest przerwa w podróży, będzie mniejsze zmęczenie. Jednak zadra we mnie tkwi. Namibijskie Linie Lotnicze fundują mi hotel, nawet luksusowy i kolację ze śniadaniem. Nie pamiętam nazwy hotelu, ale był co najmniej czterogwiazdkowy. Zameldowałem się, zostawiłem bagaż w pokoju i ruszyłem do restauracji hotelowej na kolację. Tu wśród kilkudziesięciu gości wyraźnie widoczny był podział na podróżnych pod względem celu podróży. Garniturowcy w lekko pomiętych marynarkach to biznesmeni wiecznie w powietrzu za nowym groszem. W trakcie jedzenia, lotu, pitych kaw wiecznie nad laptopem. Mania ulepszania wszystkiego. Obciążeni pracą jak niewolnicy. Czy mają czas na przyjemności? Któż by to wiedział. Ci jedli sałatki , potem koniak, kawa i papierosek. Siedzieli oddzielnie w patio, bo w Niemczech w knajpach się nie pali, lub tylko w wyznaczonych strefach. Inna grupa całkiem niepalących „starych-młodych” , ubranych w sportowe ciuchy, w adidasach do wędrówek górskich, w t-shirtach z różnymi śmiesznymi napisami, to turyści. Napaleńcy na podróże i wędrówki. Amatorzy fotografii plenerowej. Ludzie w zaawansowanym średnim wieku, panicznie chcący przedłużyć swą młodość. Wyróżniały ich wypielęgnowane twarze, zadbane ręce, nieskazitelne paznokcie i żylaste wysportowane ciała. Idealne fryzury jak z amerykańskich filmów. Daj im Boże sto lat i więcej. Jeszcze inna mała grupka to studenci. Trochę głośni, trochę niesforni, ale to młodość daje im takie prawo. Kiedy człowiek ma hulać jak nie w młodości. Od ich śmiechu poprawiał mi się humor i już nie myślałem o straconym dniu. Kolejna grupa, która się nie załapała na lot na Czarny Ląd to pięciu facetów. Nie trudno odgadnąć celu ich podróży. Wszyscy ubrani na zielono lub piaskowo. Spodnie typu bojówki, kamizelki z wieloma kieszeniami i pikowanym zamszem na prawym ramieniu. Niektórzy z kapeluszem. Koszule safari, typowe płótna z kieszeniami na piersiach i pagonami. Ich wygląd zewnętrzny nie budził żadnych wątpliwości. Mieli po pięćdziesiąt, pięćdziesiąt kilka lat. Sterczały im brzuchy, a ręce i paznokcie wskazywały na częste kontakty z przyrodą. Nie byli wypielęgnowani. Popijali piwko i jedli kolację ufundowaną przez przewoźnika. Byli głośni. Trochę przeklinali. To grupa Niemców, jak się potem okazało polowali na sąsiedniej farmie. Z ich zachowania w hotelu było widać duże podniecenie. Planowali, gadali z pasją, podniecając się przy każdym słowie określającym gatunek zwierzyny łownej. Cholera wie, podniecali się ciągle i syczeli jak czajnik i burczeli jak kipiący garnek. I co chwila: - Ja.  –Ja.

Wypiłem szklaneczkę whisky i poszedłem spać. Rano odprawiłem się z bagażem podręcznym i poleciałem do Namibii. Niemcy o których wcześniej pisałem, z równą wczorajszej pasją, gadali całą drogę o polowaniu. Pokazywali sobie książki, czasopisma, dyskutowali. Nawet przez moment się pokłócili, ale nie załapałem o co. Głosowali i nie dali mi spać. Szlag mnie trafiał i nie wytrzymałem. W duchu pomyślałem: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, wstałem i poprosiłem o ciszę. Poparła mnie jakaś amerykanka w „sile wieku”. Trochę się uspokoili. Przedrzemałem do końca lotu. Lądujemy, mam trochę tremy. Nie wiem jak z bronią i bagażem, jak z amunicją. Jaka będzie odprawa. Miałem tremę bo jak wracałem z Argentyny to zginęła mi broń. Myślałem wtedy, że zwariuję. Taka trauma. Teraz miałem tremę. Zupełnie niepotrzebnie. Wszystko było w porządku. Przyleciał bagaż i broń. Odprawa krótka, bezproblematyczna, zawęziła się tylko do sprawdzenia numerów na lufie Blasera. Wychodzę do hali głównej. Tu czeka na mnie Wolfgang z Mushom. Wolfgang był później moim opiekunem, myśliwym zawodowym z Namibii. Sterczą na samym przedzie z kartką z moim nazwiskiem. Wcale mnie nie znali, ale jak wyszedłem to z uśmiechem, bardzo czule mnie przywitali. Michał musiał mnie szczegółowo opisać, albo jestem charakterystyczny, sam nie wiem. Godzina 18-00 w Namibii już jest ciemno. Pakujemy się do busa i gnamy na farmę. Jest ona położona ponad dwieście kilometrów od lotniska. Około stu gnamy asfaltem. Dobra równa droga. Ruchu prawie nie ma, czasami tylko mija nas jakieś auto. Potem skręcamy i już ostatnia „stówka” bita droga gruntową, ale dwukierunkową i dosyć szeroką. Co chwilę drogę przebiegają antylopy, czasami duże gryzonie czy szakale. Wszystko dla mnie tu jest nowe. Jestem zachwycony. Jednocześnie podziwiam krajobraz i gadam z Wolfgangiem o planach polowań. Wyciągam setki informacji, które w formie pytań zalegały w mojej głowie. Wolfgang jest Namibijczykiem niemieckiego pochodzenia. Na co dzień porozumiewa się po niemiecku. Jego angielski ma tak wyraźny akcent i intonację niemiecką, że jest mało zrozumiały. Na początku jest mi ciężko złapać kiedy mówi po angielsku, a kiedy po niemiecku. Powoli się do tego przyzwyczajam. Z każdym nowym zdaniem, lepiej go rozumiem. O resztę dopytuję. Uzyskuję wyczerpujące odpowiedzi. Wolfgang jest bardzo grzeczny i usłużny. Jest to bardzo wysoki chłop po pięćdziesiątce. Mocno opalony. Jego skóra jest lekko pomarszczona i sucha. Z obrośniętej zarostem twarzy sterczy długi, wąski i ostry nos. Lekko siwe włosy w dużym nieładzie. Wąskie usta, prawie niewidoczne pod zaroślami wąsów. Oczy ciemne, szczere lecz lekko przekrwione, pewnie od ostrego słońca, lub zimnych zakąsek. Postura chudzielca, podkreślona jeszcze wzrostem. Ciuchy w typie safari wisiały na nim jak na kiju od szczotki. Zdeformowany kapelusz na głowie, zapocony i poplamiony. Chłop zaniedbany i z daleka wyglądał jak nasz rodzimy strach na wróble. Trochę szorstki w obyciu i szalenie małomówny. Z drugiej strony szalenie życzliwy, etyczny, wyrozumiały i co najważniejsze profesjonalny. Na tej farmie jest już trzeci sezon jako zawodowy myśliwy. Dojeżdżamy. Brama farmy jest otwarta, w dali małe zabudowania. Po obu stronach bramy szerokiej na pięć, sześć metrów dwa wysokie na osiem metrów maszty. Na jednym flaga narodowa Namibii na drugim Polski. Biało-czerwona lekko łopotała na wietrze. Ja poczułem się jak dyplomata, jak przedstawiciel naszego Kraju, jak misjonarz. Teraz wiem, nie mogę dać plamy. Reprezentuję tu Polskę. Zakręciła mi się łza w oku. Zdusiłem w sobie swoje wzruszenie, przecież jestem twardzielem. Czarni pracownicy najemni farmy zabrali moje bagaże do pokoju. W drzwiach przywitała mnie Assi właścicielka farmy, chwilowo słomiana wdówka. W jadalni czekała już na nas ciepła kolacja. Zasiedliśmy we czworo do kolacji. Była afrykańska dziczyzna, ale nie pomnę co. Na pewno było smaczne. Zjadłem w zasadzie bez słowa. Po podróży głód dał znać o sobie. Potem napalono w kominku i zasiedliśmy przy tz. telewizji buszmenów, czyli otwartym ogniu. Popijaliśmy whisky i planowaliśmy mój pobyt. Określiłem chęć pozyskania interesujących mnie gatunków. Potem razem knuliśmy o możliwościach, terminach miejscach. Nie chce opisywać jaki miałem wówczas mętlik w głowie. Tu słuchałem Assi i Wolfganga, z drugiej strony myślałem o tym co mnie czeka już jutro rano. Szkocka trochę zakręciła mi się w głowie, poczułem zmęczenie i senność. Moi towarzysze też nie ukrywali swojego stanu. Grzecznie ich przeprosiłem i poszedłem do swojego pokoju. Krótki prysznic i do łóżka. Przykryłem się pod nos, bo noce są zimne do ok.3 stopni a pokój nie ma ogrzewania. Było dobrze i wcale nie zmarzłem. Rano obudziłem się zrelaksowany i pełny energii.

Polowanie dzień pierwszy.

Wstałem bardzo rano. Była chyba szósta piętnaście. Ale emocje. Ile pytań w mojej głowie. Żadnej odpowiedzi. Mętlik. Myślę cały czas o buszu. Poranna toaleta mycie, żadnych zapachów, żadnej męskiej wody. Bezzapachowe mydło i dezodorant. W pokoju jest chłodno, więc ubieram się raczej ciepło. Spodnie bryczesy z grubego, ale miękkiego drelichu, grube i jednocześnie przewiewne skarpety Maindl’a i długie do kolan buty w typie safari. Zakładam podkoszulkę i koszulę. Poprawiam fryzurę i idę na śniadanie. Och, jak mi dobrze. Śniadanko jak u mamy. Jakiś serek twarogowy, kawa z mlekiem, masło chleb własnego wypieku. Chleb pełnoziarnisty z otrębami. Smaczny i zdrowy, idealny na „wiatry”. Powidła z jakiś afrykańskich owoców, miód wędlinki. Moją uwagę przykuła wędlina czarna, podsuszana, wędzona i niezwykle chuda. Była to wędzona polędwica z kudu. Wyborna w smaku. Wyjątkowa. Pochłaniałem jej plastry, każdego dnia z równym smakiem. Przez cały pobyt jadlem ją codziennie i nie znudziła mi się wcale.Po śniadaniu zabrałem z pokoju broń, amunicję, lornetkę i ciepłą kurtkę. Na dziedzińcu farmy czekał już na mnie Wolfgang i czarni tropiciele. Zanim ruszyliśmy w drogę, udaliśmy się na tyły farmy. Była tam prowizoryczna strzelnica. Należało przystrzelać broń. Wolfgang umocował tarczę z czarną dychą i przyszedł do mnie. Stanął za moimi plecami z lornetką przy oczach i patrzy w tarczę. Ja natomiast wygodnie usiadłem, wprowadziłem do komory jeden nabój, rozstawiłem szeroko łokcie, poprawiłem raz jeszcze skład i strzeliłem. Wolfgang z kurtuazyjnym zdziwieniem mówi, że powinniśmy podejść do tarczy i sprawdzić. Ok, odpowiadam i ruszamy. Dopiero przy tarczy zrozumiałem o co mu naprawdę chodziło. Nie widział przestrzeliny bo kula trafiła w dziesiątkę, która była czarna tak samo jak tło za tarczą. Myślał, że nie trafiłem w tarczę, ale pokornie miał nadzieję, że może się mylić. W Polsce na przykład nie jeden łowczy prowadzący coroczne strzelanie tarzał by się ze śmiechu, gdyby ktoś nie trafił w tarczę. Drugi raz już ne strzelałem. Wróciliśmy do samochodu. Pojechaliśmy w dal. Za Toyotą pozostawał tuman kurzu. Ja i Wolfgang siedzieliśmy na „koźle” zbudowanym na pace samochodu. Górne orurowanie stanowiło dla nas poręcz do trzymania, a przedzierając się przez krzaki chroniło przed dotkliwymi kolcami. Jazda nie była bardzo przyjemna, bo żołądek i wszystkie wnętrzności w czasie jazdy po terenie „tańczyły” cza-czę. Jechaliśmy dość długo, przez typowy afrykański busz po przez drogi i bezdroża. Dotarliśmy wreszcie do ogromnej sawanny. Z oddali widać stada dużych czarnych antylop. Jeszcze nie wiem jakich. Odstawiamy samochód. Idziemy w podchód. Lekko pochyleni skradamy się pomiędzy wysokimi trawami. Prowadzi Wolfgang, podpierając się pastorałem. Zaraz za nim idę ja ze swoim Blaserem na ramieniu. Przemierzamy dziesiątki i setki metrów w ciszy. Wszelkie informacje Wolfgang przekazuje mi językiem migowym. Rozumiemy się doskonale on mnie a ja jego. Pokazuje mi głębokie jamy, dzieło tamtejszych gryzoni. Pokazuje krzewy, które swoimi kolcami „łapią” człowieka jak rzep za spodnie czy koszulę. Ciężko jest się wyswobodzić z ich namiętnych objęć. Idzie się ciężko, w tych trawach. Taka pozycja na wpół zgięta sakramencko męczy. Trzeba często odpoczywać. Jeszcze te słońce, które już od ósmej rano zaczyna przygrzewać i praży plecy. Po twarzy spływają strużki potu. Podchodzimy na jakieś sto pięćdziesiąt  metrów stado. Są pomieszane gatunki. Czarne i błękitne gnu, byki i krowy oraz cielęta w jednej grupie- stadzie. Jestem tu pierwszy raz i dostaję oczopląsu. Pytam błagalnie Wolfganga (wzrokiem oczywiście) „którego strzelać”. Natychmiast otrzymuję odpowiedź, to znaczy, że zrozumiał moje pytanie. Rozkłada mi pastorał i szepcze do ucha: „- Strzelaj trzeciego od lewej, duży byk, ładne trofeum” . Ustawiam się, układam karabin na pastorał, przymierzam. Drobna regulacja lunety, i trzymam byka błękitnego gnu w krzyżu. Trochę się jeszcze rusza, jest niespokojny. Może to instynkt, może inny zmysł, może złapał wiatr? Cholera, kiedy stanie?- myślę. Jestem coraz bardziej niecierpliwy. Po kilku sekundach byk staje nieruchomo „na blat”. Poprawiam skład i oddaję celny strzał na komorę. Szybkie przeładowanie i strzelam drugi raz na tzn. „wysoką łopatkę” byk zwalnia. Stado zerwało się i biega w koło byka. Część osobników stada odbiło w prawo i poszło w sawannę. Pozostał po nich tylko kurz. Reszta zdezorientowana biega, a mój byk już prawie stoi w miejscu na chwiejnych nogach. W tumanach kurzu widzę go, jak stoi i ostatni raz ogląda sawannę. Wreszcie kładzie się. Kurz opada po woli na ziemię. Krajobraz robi się znowu czysty i krystaliczny. Widać już poziome linie falującego powietrza. Wolfgang mówi: - „Dobry strzał”. Ja uśmiecham się zawadiacko i przyjmuję od niego i czarnych tropicieli gratulacje. Siadamy na trawie. Wolfgang wyciąga z kieszeni swoich wysłużonych spodni paczkę „fajek”, zapala. Z drugiej kieszeni bierze „afrykańską turystyczną popielniczkę”. Jest to szklana buteleczka po lekarstwach z metalowym, zakręcanym korkiem. Jest już w niej jeden pet, pewnie ten z rana. Do buteleczki strząsa popiół z pietyzmem i baczeniem aby nic nie upadło na wysuszoną słońcem trawę. Połyka dym wielkimi haustami. Papieros maleje w oczach. Za niewielką chwilę gasi wypalonego peta, zakręca korek i wstaje majestatycznie. Coś tam marudzi pod nosem. Trudno zrozumieć w jakim języku, czy po niemiecku czy po afrykanersku. Wszyscy jak na komendę Wolfganga wstajemy i idziemy w miejsce postrzału. Wysokie trawy kują w nogi, przedostając się przez przecież grube spodnie. Co jakiś czas trafia się kolec z niskiego kującego krzewu. Ciernie są zdecydowanie bardziej bolesne od kujących traw. Dochodzimy na miejsce. Byk leży. Jest wielki i rogi ma piękne, duże, dorodne i spolerowane. Lśnią w słońcu niczym złoto. Jestem dumny. Proszę Wolfganga, żeby zrobił mi kilka zdjęć. Tropiciele ustawiają byka w odpowiedniej pozycji i zaczyna się sesja. Wolfgang cyka zdjęcia jedno za drugim. I tak w domu wybiorę najlepsze. Ustawiam mu kamerę na „automat” i z uśmiechem, oraz nieskrywaną satysfakcją pozuję do zdjęć. Tropiciele jeszcze mi kilka razy gratulują. Chyba jest tu taki zwyczaj, że jedne gratulacje nie wystarczają. Wolfganga już nie widzę w naszej grupce. Jego wyciągnięta, lekko przygarbiona postać oddala się na sawannie. „-Poszedł po samochód” –tyle zrozumiałem z bardzo kaleczonego angielskiego mojego czarnoskórego tropiciela. Tuman kurzu zwiastuje rychły przyjazd Toyoty prowadzonej przez Wolfganga. Ustawia się tyłem do tuszy. Uruchamia wyciągarkę elektryczną zamontowaną na pace samochodu. Sprawnie obwiązuje tylne cewki antylopy i przy niewielkiej pomocy tropicieli wciąga ją na skrzynię. Zamyka burty, porządkuje wyciągarkę i jesteśmy już gotowi do powrotu do naszego obozu. Trzeba się uwijać, bo antylopa jest niepatroszona a temperatura już około trzydziestu w słońcu. Ostre promienie muskają mnie po twarzy. Nie czuję jeszcze opalenizny, bo to przecież mój pierwszy dzień w afrykańskim buszu. Słońce jest tu bardzo zdradliwe, o czym przekonam się w niedalekiej przyszłości. Myślę o mojej pierwszej zdobyczy gnu. Ile wiem o jego biologii? Gnu błękitne  mają  swą nazwę od szczególne pięknego ubarwienia z lekkim niebieskim odcieniem, co jest dobrze widoczne o wschodzie lub zachodzie słońca. Sylwetka tego roślinożercy jest bardzo ładna i interesująca, długie nogi przypominają antylopę, głowa z zawiniętymi rogami jest jak u groźnego hiszpańskiego  byka – przeciwnika torreadora, a ogon zapożyczony od konia. Prawdopodobnie z tego powodu pierwsi osadnicy holenderscy nazwali gnu - blue wildebeest co oznacza - niebieska dzika bestia. Osobniki te konsumują jedynie długie zielone części traw, z tego powodu muszą często zmieniać pastwiska. Podstawą ich pożywienia są tylko pewne części traw. Ich żołądek przystosował się do tego typu pokarmu. Trawa wypełnia żołądek a następnie ulega fermentacji by w formie niewielkich kulek powrócić do ponownego przeżucia. Pokarm przechodzi przez różne komory żołądka, gdzie enzymy poddają go kolejnym procesom trawienia w celu pobrania na substancji odżywczych zawartych w trawach. Pasące się na sawannie Gnu nie niszczą całej przyrody kosząc trawy, tylko wybierają najsmaczniejsze dla siebie źdźbła. Każdy gatunek wybiera tylko określone części roślin. Tak więc nie istnieje konkurencja o pożywienie. Gnu  pasie się razem z zebrami, obgryza bowiem długie i włókniste ale zielone źdźbła już nieco skrócone przez zebry. Gnu należą do zwierząt towarzyskich przebywają często z zebrami, antylopami i innymi roślinożercami. Są aktywne głównie w ciągu dni z przerwą podczas popołudniowego upału. Rogi antylopy spełniają funkcję obronną. W przypadku ataku przez drapieżnika (np. lew ,hiena, lampart czy gepard) używają bez skrupułów swojej ostrej broni. Dlatego też wszystkie mięsożerne zachodzą gnu od tyłu aby uniknąć  niebezpiecznego spotkania z rogami. W naturze to znaczy na wolności a nie w komercyjnych łowiskach, zwierzęta te żyją w ogromnych stadach liczących czasami nawet tysiące osobników, które wędrują wspólnie  szukając nowych pastwisk. W łowiskach komercyjnych można spotkać stada po pięćdziesiąt sztuk i więcej. Co innego w Afryce Środkowej i Wschodniej. Na przykład w Kenii na Masai Mara widywałem stada po kilkaset osobników. Mój zachwyt nad sawanną trwał cały czas no i był potęgowany pierwszym afrykańskim trofeum. Klimat Sawanny jest wyjątkowo suchy. Biom znajduje się w strefach międzyzwrotnikowych o klimacie gorącym i z zaznaczonymi 2 porami roku- porę suchą i porą deszczową. Chociaż mieszkańcy Namibii, ci biali oczywiście, porę deszczową nazywają tu zimą. Idiotycznym było by nazywać ją porą deszczową, bo deszczu tu jak na lekarstwo. W sawannie namibijskiej pora sucha trwa od pięciu do ośmiu miesięcy ,  a pora deszczowa- zima  od dwóch do czterech miesięcy. Ilość opadów może być bardzo zróżnicowana, choć zasadniczo waha się od 10 - 20 mm na miesiąc. W porze suchej częstym zjawiskiem są pożary. Można spotkać pojedyncze spalone akacje, które wyglądają monstrualnie. Po pierwsze to są czarne jak nic na sawannie. Po wypaleniu się cienkich gałązek pozostają te grube, powykręcane w różne strony niczym stare sprężyny, pogięte i garbate. Często takie palące się drzewo pochyla się pokazując światu część swoich korzeni. Przypomina nieco czarny węglowy koralowiec. Do prawdy widok takiego spalonego drzewa jest straszny i stanowi przestrogę przed największym żywiołem - ogniem. Sawanny występują na znacznych obszarach Namibii. Roślinność sawanny jest uboga. Jest to obszar obfitujący głównie  bujnymi, wielogatunkowymi, sucholubnymi trawami. Nie spotkałem tu jednak trawy słoniowej, która dochodzi do 5m wysokości. Na niektórych sawannach występują nieliczne drzewa takie jak: akacje, baobaby, oraz krzewy cierniowe, które zrzucają liście na porę suchą. Rzadkie i równomierne rozmieszczenie drzew jest skutkiem konkurencji o wodę, eliminującej drzewa słabiej ukorzenione. Rośliny przystosowały się do skróconego okresu wegetacyjnego na okres pory deszczowej. Gromadzą wodę i mają wydłużony system korzeniowy, który ma zdolność do pobierania wody ze znacznych głębokości. Roślinność taka nie zajmuje jednak więcej niż 2% powierzchni. Większe płaty roślinności występują w buszu. Rośliny sawanny namibijskiej, to takie, które przystosowały się do życia w warunkach bardzo gorących dzięki możliwości magazynowania wody w różnych tkankach. Krzewy te i drzewa odznaczają się mocno rozwiniętą tkanką magazynującą wodę w śluzowatym soku komórkowym, redukcją liści, małą transpiracją, ciśnieniem osmotycznym (2-3 atmosfer) oraz wolną produkcją materii organicznej. Przystosowane są do bezpośredniego pobierania wody deszczowej. Sawanny i busz będący prywatnym łowiskiem komercyjnym jest wolny od osad ludzkich i stanowi tylko ostoję zwierzyny łownej. Fauna sawanny posiada największą liczbę zwierząt kopytnych np. żyrafy, antylopy, zebry. Są one pokarmem dla drapieżników np. gepard czy lampart. Dość miękka ziemia umożliwia byt małym zwierzętom, które w niej kopia kryjówki przed niebezpieczeństwem i upałem. Wiele gatunków roślinożerców, gnu, oryksy, zebry i  żyrafy, czy gazele impala, może wspólnie żyć na sawannie, ponieważ odżywiają się odmiennymi roślinami, a więc unikają konkurencji pokarmowej. Skóra wielkich roślinożerców, dostarcza pokarmu w postaci kleszczy i innych skórnych pasożytów małym bąkojadom. Ot taka jest po krótce sawanna, tak po krótce, bo można o niej pisać i pisać ......

a opisom końca nie będzie. W obozie czekał już gotowy lunch. Tropiciele rozładowali tuszę i zaczęli ją sprawiać a my zajęliśmy się naszym lunchem. Na początek wypłukałem gardło z kurzu sawanny zimnym namibijskim piwkiem. Dobry smak potęgowało moje pragnienie. Błyskawicznie pół litra piwa zamieszkało w moim brzuchu przypominając o konieczności jedzenia. Była zupa krem, wędliny, grillowane warzywa, stek z antylopy i pieczywo pełnoziarniste własnego wypieku. Po lunchu godzinna sjesta. Odpoczynek ekstremalnie bierny. Pozycja pozioma na miękkim łóżku z nogami uniesionymi w górę na wałku. Oczy same się zamykały. Odczuwałem ciężar powiek a błogi stan wprowadzał mój umysł w cudowną próżnię. Przestawałem myśleć i czuć. Chyba na chwilę „odleciałem”. Na równe nogi postawił mnie głos Assi : „-Andrew, wstawaj, teraz jedziemy na ambonę. Będę ci towarzyszyła.” Tym razem Wolfgang źle się poczuł i został w swoim pokoju. Wyjechaliśmy z obozu o pierwszej po południu. Jechaliśmy przez całe łowisko około godziny. Ja jak zwykle siedziałem na pace a Assi prowadziła Toyotę. Zatrzymała się na pięćset metrów przed amboną i zaparkowała samochód pomiędzy krzakami. Skradaliśmy się do ambony niczym koty. Co parę sekund Assi spoglądała dookoła i za każdym razem pokazywała znanym gestem kładąc palec wskazujący na ustach -„cicho”. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do ambony. Moja namibijska opiekunka a zarazem właścicielka łowiska wspaniale wymościła mi siedzisko. Właściwie to należy tu poświęcić kilka zdań na temat wyglądu ambony. Wykonana została (wyspawana) z rur stalowych niezbyt grubych takich jakie używa się do rusztowań. Na górę prowadziły schody ze stalowymi stopniami z ryflowanej blachy a na górze przed wejściem mały balkonik. Jej wnętrze osłonięte było dookoła syntetyczną tkaniną przypominającą nieco tkaninę workową. Dolny rant okna strzelniczego zabezpieczono piankową nakładką na rurę ( pewnie izolacją termiczną do rur sanitarnych). Podłoga wyścielona była „sztuczną trawą”. Stały na niej trzy obrotowe krzesła. Wysokość siedziska, dla poprawienia komfortu strzelca, Assi regulowała poduszkami z gąbki. Cały dół ambony i wejście, schody były zamaskowane  dodatkową konstrukcją maskującą wykonaną z krzewów i mat trzcinowych  i gałęzi. Muszę tu uczciwie stwierdzić, że ambony w łowisku Glenorke były wyjątkowo komfortowe i wygodne. Zasiedliśmy. Ja skrupulatnie przygotowałem sztucer. Wprowadziłem nabój do komory, dwa pozostałe w magazynku. Odstawiłem broń w kąt i dokładnie począłem penetrować okolicę wzrokiem, czasami korzystając z lornetki. Około stu metrów od ambony znajdował się wodopój. Był to niewielki sztuczny staw ze stałym dopływem wody. Zresztą takich wodopojów w łowisku znajdowało się kilkanaście. Przy wodopoju rozrzucono kilka kilkudziesięciu kilogramowych brykietów z soli morskiej. Wodopój otaczała sawanna czyli trawy wysokie na pótora metra a dalej już regularny busz. Siedzimy już ponad godzinę. Słońce przypieka mi ręce i twarz, choć osłonięta jest kapeluszem. Nieznośne i namolne promienie zwyciężają walkę z cieniem i oświetlają mi dolną część twarzy.  Dłonie staram się skrywać w cieniu ambony. Wreszcie tracę cierpliwość, nękany przez promyki i podgrzewany ze wszystkich stron. Myślę, że zacząłem się wiercić, bo Assi wyjęła ze swojej magicznej torby zimną  „mineralkę”, którą zagasiłem pragnienie. Zrozumiałem po chwili jak istotna jest cierpliwość i spokój. Myśliwi zawodowi mają to we krwi. Spoglądam co chwila na wodopój i zaraz na rozległy busz. Z lewej strony bardzo daleko w krzakach coś się poruszyło. Zobaczyłem wyraźne biało-czarne plamy ruszające się. Bez wątpienia był to żywy obiekt, lecz nie rozpoznawalny przez moją osobę. Lekko stuknąłem Assi i pokazałem jej palcem kierunek w którym objawiło mi się zjawisko. Moja opiekunka chwilę przyglądała się gołym okiem, później dokładnie przez lornetkę. Trwało to jeszcze kilka chwil, po czym odwróciła się do mnie i wyszeptała „-Dwa oryksy, krowa i młody byk” Dalej przez godzinę mogłem widzieć poruszające się ciała i „strzygące rogi” Długie jak ogromne igły, rogi oryksa, oświetlone popołudniowym, ostrym słońcem, w ruchu wyglądały jak ostrza wielkich nożyc strzygących busz. Serce biło mi coraz mocniej i mocniej. Czułem jak pieni się krew w moich żyłach, lecz musiałem panować nad oddechem. Oryksy ruszyły. Jeszcze nie wiadomo w którą stronę poszły. Mogły równie dobrze udać się w busz. Zniknęły mi z pola widzenia. Przez jakiś czas nie było ich w zasięgu naszego wzroku. Wreszcie zauważyłem niewielki ruch w krzakach bliżej wodopoju. Wyłoniła się najpierw jedna postać, za chwilę druga. Z pewnością idą ugasić pragnienie. Najpierw piły wodę, później pochrupały sól, później jeszcze raz woda. Ten rytuał powtarzały jeszcze kilkakrotnie. Zachowywały się jak modelki na wybiegu. Pozowały mi do zdjęć, wypinały i prężyły ustawiając się „na blat” Trwało to dobre kilkanaście minut. Słyszę głos Assi „- Adrew ty jesteś szczęściarzem, spójrz idzie kudu byk”. Był jeszcze daleko, ledwo go widziałem, ale na pewno szedł w naszą stronę. Jak dotarł do wodopoju to stanął w bezpiecznej odległości od oryksów. Był spragniony i długo pił. Oryksy miały już dość i nie chcąc konfliktu wycofały się na teren traw i sawanny a potem powoli zginęły w gęstwinie buszu. Kudu był zadowolony z samotności. Uzupełniał braki wody powoli i majestatycznie. Spojrzałem na Assi pytająco. Chodziło  mi o pozwolenie strzału. Powiedziała krotko: „-Jak chcesz Andrew, możesz strzelać, to jest twój pierwszy dzień w łowisku i możesz spotkać lepszego byka tak zastanów się a decyzja należy do ciebie”. Zastanawiam się, czas płynie, a kudu stoi „na blat” na sto może sto dwadzieścia metrów. Podejmuję decyzję, strzelam. Daję znak Assi, składam się, napinam iglicę w Blaserze, celuję na wysoką łopatkę. Pociągam za spust, pada strzał. Kudu zaznaczył przyjęcie strzału. Na pewno trafiłem. Zwierze poderwało się do ucieczki i galopowało w stronę buszu, czyli przeciwległą do nas. Czekamy przysłowiowego „papieroska” czyli czas potrzebny n spalenie papierosa ok pięciu może siedmiu minut. Ja czuję mocne podniecenie. Chcę jak najszybciej zobaczyć postrzałka. Assi mnie studzi, dzwoni po Wolfganga, gdyż jest przekonana, że będą potrzebni tropiciele do szukania. Schodzimy z ambony i zmierzamy w miejsce postrzału. Oddycham spokojnie, jest farba no i to wcześniejsze „zaznaczenie”. Nie powinno być kłopotów, jestem tego pewny. Idziemy z Assi po farbie. Sto metrów od postrzału za ciernistym krzewem leży moja druga zdobycz w tym dniu. Assi mówi: „Andrew, perfekcyjny strzał, gratuluję”. W istocie, strzał był idealny. Później okazało się że i moja decyzja o strzale była dobra, bo już nigdy nie natrafiłem na lepszego byka kudu, zaś krowy, które nie mają rogów i cielęta wielokrotnie krzyżowały moje i swoje drogi. Samice  kudu z młodymi żyją w małych stadach liczących od kilku do kilkunastu sztuk. Samce to samotniki, tak przynajmniej twierdzą biolodzy. Mnie udało się spotkać niewielkie stada rodzinne z kilkuletnimi samcami ale już pokaźnymi rogami na łbie. Roślinożercy. Żywią się głównie trawą porastającą sawanny. Gatunek ten zawsze przebywa w pobliżu wody. Prowadzi raczej osiadły tryb życia, a na wędrówki wyrusza jedynie w czasie suszy. Aktywny głównie nocą; w ciągu dnia odpoczywa przeważnie ukryty w głębokich zaroślach. I tu też moje obserwacje wykluczają tę regułę, gdyż widywałem kudu, głównie krowy i cielęta o różnych porach dnia. Cechą znamienną kudu jest ustalanie granic swego terytorium. Samiec wybiera określony skrawek terenu, a potem go broni. Aby potwierdzić swe prawa do danego obszaru, zaznacza jego granice odchodami, pozostawianymi w trawie i zaroślach. Zwyczaj ten pozwala myśliwemu łatwo podejść antylopę, lecz nie łatwo jest ją spotkać. Kudu skrupulatnie strzeże swego terytorium. Mile widzianym gościem, którego się zaprasza do pozostania na terytorium samca jest oczywiście samica. Prawdę mówiąc, w tym niewiele się różni od nas ludzi ( facetów rzecz jasna). Kudu jest piękne i niewyobrażalnie zgrabne. W moim mniemaniu stanowi symbol Afryki a już na pewno jest ikoną wszystkich antylop. Kudu wydaje z siebie ni to szczęk, ni to kaszel, a spłoszone rzuca się susem w krzaki i pędem ucieka. Siedząc na ambonie lub podchodząc antylopę nie wolno nam głośniej odetchnąć, kichnąć ani kasłać. Mały szmer powoduje, że spotyka nas  niespodzianka to znaczy antylopa znika jak od dotknięcia czarodziejskiej różczki. Dosłownie znikąd pojawia się i tak samo szybko skacze i śladu po nim nie ma.  Kudu jest piękne i szlachetne. Płowo-szara samica z ogromnymi łyżkami nie posiada rogów zaś samiec z białymi pręgami na grzbiecie posiada je kręte jak korkociąg i długie. Są pokaźne, grube i imponujące. Często cały czas stoi w pobliżu gąszczu na skraju buszu, rzadziej na sawannie. Ubarwienie i trwanie w bezruchu doskonale antylopę maskuje. Właśnie w ten sposób spokojnemu kudu udaje się przeżyć w afrykańskiej głuszy. Chroni je instynktowna umiejętność zastygania w bezruchu i zlewania się z otoczeniem. Nic dziwnego, że jest tak płochliwe! Od tego zależy jego życie.

 Po pół godzinie nadjechała ekipa dwóch tropicieli z Wolfgangiem. Załadowali moją zdobycz na skrzynię Toyoty i pomknęli w tumanach kurzu  do obozu. Niebawem ruszyliśmy i my z Assi. Gdy zajechaliśmy na miejsce moje kudu było już „sprawiane”. Uzgodniłem wielkość medalionu i udałem się na zasłużona kolację. Wszystkie kolacje w naszym obozie celebrowała Assi. Czarnoskóre służące nakrywały do stołu uwijając się niczym mrówki. Szło im to bardzo sprawnie, tak jak by robiły to od pokoleń. Ubrane były w swoje narodowe stroje z płóciennych kolorowych tkanin. Najbardziej egzotycznie wyglądała Charlotte’a. Jej budowa nieco korpulentna, masywna, szerokie biodra i bose, odporne na wszystko nogi, twarz zniszczona słońcem, wszystko to powoli szkicowało ten namibijski typ. Jak ubrać go w owe kolorowe kratki kontrastujące ze sobą, zniszczone i nieświeże, rozkloszowana krynolinami spódnice, lekko postrzępione i brudne na dole  i śmieszne nakrycie głowy niczym rogi upięte z kawałka płótna, to widzimy klasyczną Namibijkę w ludowej odsłonie. A, no i korale na szyi, to najważniejsze dla kobiety- ozdoby i biżuty.  Czasami Charllote’a ubierała błękitną suknię w białą „łączkę” i kontrastowy bordowy, własnej roboty kapelusz. Był on w kształcie czapki kucharskiej mocno spłaszczonej od góry i wymodelowanym elementem przypominającym krowie rogi. Zawsze na boso. Myślę, że miała po czterdziestce, lecz jej spracowane ciało wyglądało co najmniej na  dziesięć lat starsze. Pochodziła z plemienia Herero. Maria była znacznie młodsza, analfabetka lecz sprawiała wrażenie inteligentnej. Nigdy nie miałem okazji z nią rozmawiać, lecz zawsze była uśmiechnięta i życzliwa. Ubierała się w stylu europejskim. Jednak należy tu zmodyfikować to pojęcie, ponieważ jej ubrania pomimo wielu podobieństw, wyglądem dalece odbiegały od naszych ubrań. Po pierwsze  były mocno wyeksploatowane, a po drugie do granic możliwości wypalone słońcem. Utraciły swoją barwę tak bardzo, że trudno byłoby określić poszczególne kolory jakie miały one w momencie kupna czyli kolory pierwotne. Maria chodziła w „adidasach” a na głowie zawsze zakręcała sobie taki dziwaczny trochę turban. Zawsze przy każdej okazji  uśmiechała się i ciągłymi ukłonami demonstrowała swoją życzliwość. Często prała i prasowała moje koszule. Robiła to metodą tz. „niewidzialnej ręki”. Brudne koszule znikały z mojego pokoju rano, po moim wyjeździe porannym, a po wieczornym powrocie, czyste i wyprasowane, złożone w kosteczkę leżały na moim łóżku. Maria sprzątała również mój pokój i łazienkę, oraz ścieliła mi łóżko. Rano zawsze brakowało mi czasu na uporządkowanie swojego pokoju. Po przyjeździe na lunch, zawsze w nim lśniło, pościel schludnie ułożona ,pozamiatane, moja garderoba wisiała w szafie, buty były ustawione w szeregu niczym żołnierze a łazienka błyszczała w słońcu, które przedzierało się przez szczeliny moskitiery.

Pierwszy dzień polowania dobiegł końca i wieczór rozpoczęła kolacja. Assi zarządziła nakrywanie stołu. Służące zwinnie przynosiły z kuchni potrawy sporządzone pod okiem Mushki ( teściowej Assi). Po chwili na stole znalazły się zakąski w postaci talerzy wędlin. Wyjątkowej rekomendacji domaga się tutaj polędwica z kudu wędzona i podsuszana. Ma ona ciemno-bordowy kolor, a w smaku jest wyborna. Kolację jedliśmy powoli i bez słów. Jedyne, które były dopuszczone to te, które wyrażały opinie na temat jedzenia. Tak delektowaliśmy się około godziny. Rygor może porządek, czy taka narodowa kindersztuba? Gdy talerze były już puste, służące niczym czarne czarodziejki, bezszelestnie usunęły je ze stołu. Assi swoim uroczym uśmiechem i błyszczącym spojrzeniem zaprosiła do baru. Słowo bar jest trochę na wyrost, gdyż był to tylko mały barek z odrobiną whisky i dwudziestoma flaszkami piwa w lodówce. W kominku strzelały palące się szczapy suchego jak wiór drewna. Jego mocna i gęsta konsystencja sprawiała, że paliło się długo i dawało nadzwyczaj dużo ciepła. Assi z szelmowskim uśmiechem wskazując na palący się kominek, powiedziała, że jest to telewizja buszmenów. Wszyscy parsknęli śmiechem, ja najpóźniej. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, nie znałem relacji między społecznością czarną i białą. Wolfgang napełnił moją szklankę szlachetną szkocką. Pierwszy mały łyk potwierdził, iż trunek jest wykwintny i ma wyrafinowany smak. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Co jakiś czas przyjmowałem gratulacje za dobry pierwszy dzień polowania. Ja sam wbijałem się w dumę, dziękowałem za gratulacje. Druga szklaneczka szkockiej znużyła mój zmęczony umysł, przeprosiłem wszystkich i poszedłem do mojej kwatery. Nie pamiętam momentu, kiedy kładłem głowę na poduszce, bo zasnąłem natychmiast.

Polowanie dzień drugi.

Tak to już zwyczaj. Telefon w którym nastawiłem budzik obudził mnie o szóstej trzydzieści. Szybkie mycie, zęby, obydwie ręce itd. Pośpiesznie się ubierałem rozmyślając co dzisiaj mnie czeka. Takie myśli to w trakcie polowania afrykańskiego są bardzo częstym przypadkiem. Właściwie myśli się tylko o jednym. Ale trzeba panować nad sobą i już po krótkiej chwili gotowy siedziałem w kuchni przed nakrytym do śniadania stołem. Jak zwykle kuchnia smaczna i wytworna z głęboko zaznaczonym stylem kolonialnym. Wędliny z tutejszych antylop, pasztet również, owoce i warzywa z przydomowego ogródka. Smakowitości w pełnej okazałości i to na dodatek egzotyczne jak dla mnie, bo dla moich gospodarzy codzienność. Assi ze swoim szelmowskim uśmieszkiem pyta: „ -Andrew, lubisz przylepki z chleba.” „–No pewnie, odpowiadam jej bez myślenia”. Wręcza mi po chwili jeszcze ciepłą przylepkę z chleba, który upiekła raniutko Mushka. Smaczny, oj jak bardzo. Wypijam jeszcze kubek bardzo „rzadkiej” kawy, takiej typowo amerykańskiej, jakiej najbardziej nie lubię. Cóż, nie przyjechałem tu na wakacje, tylko na safari. Wypiłem gorzką kawę i w drogę. Stanąłem w pełnym rynsztunku na „placu” a może właściwiej będzie powiedzieć w parku maszynowym. Był to plac z kilkoma wiatami gdzie stało sześć Toyot i dwa minibusy VW. Zapakowałem się na skrzynię wraz z Wolfgangiem. Za kierownicą usiadł jeden tropiciel a z nami na skrzynię wskoczył drugi. Pojechaliśmy bardzo daleko. Po zejściu z samochodu przedzieraliśmy się przez wyjątkowo kujące krzewy cierniste. Minęło kilka dni zanim nauczyłem się unikać bolesnych ukuć i rwania odzieży. Po przedarciu ( w pełnym tego słowa znaczeniu) się przez owe krzewy ujrzałem ogromną połać sawanny. Było to może dwadzieścia może trzydzieści tysięcy hektarów i tylko kilka pojedynczych drzew po horyzont. Drzewa były rozrzucone i po ich wielkości, mam na myśli wysokość i szerokość, w perspektywie można było oszacować odległości w tej ogromnej przestrzeni. Trawy wysokie na metr może półtora. W planie dla mnie była antylopa gnu białoogoniaste, która jest w Namibii najdroższą antylopą gdyż naturalnie tu nie występuje. Moi tropiciele wypatrzyli stado gnu, ale było zmiksowane z oryksami. Ja zobaczyłem to „zjawisko” parę chwil później jak mi pokazali w którą stronę mam skierować lornetkę. W istocie, tropiciele mają sokoli wzrok. Najpierw widzą zwierzę, określają gatunek, płeć, następnie wielkość trofeum a po dłuższej chwili zwierze ukazuje się nam myśliwym z Europy. Jest to ten fenomen, którego my myśliwi „niedzielni” nie posiądziemy. Dla pocieszenia kolegów o podobnych do moich umiejętnościach powiem, że oni (tropiciele)nie mają tych atutów, które my posiadamy. Chyba wszyscy wiedzą o czym myślę. Od momentu zauważenia zwierzyny porozumiewaliśmy się tylko na migi no i rzecz jasna poruszaliśmy się w półprzysiadzie. Ziemia podziurawiona   jest przez tamtejsze gryzonie jak ser szwajcarski dziurami o różnej średnicy i głębokości. Poruszając się trzeba bardzo uważać na owe dziury, zachować absolutną ciszę no i unikać kontaktu wzrokowego. Antylopy znajdowały się w odległości ponad pięciuset metrów. Trzysta zrobiliśmy w kucki. Padałem z nóg. W międzyczasie zrobiło się tak bardzo gorąco, że w moim gardle powstała „Sahara”. Mamy je już na dwieście metrów. Wolfgang wychyla się i rozstawia mi pastorał- trójnóg. Pokazuje mi językiem myśliwsko-migowym, żebym strzelał największego byka. Stoi drugi od lewej- powiada do mnie. Obniżyłem kapelusz na oczy, aby mniej mnie raziło słońce, ustawiłem sztucer na trójnogu i celuję. W lunecie nie widzę dokładnie. Sięgam po lornetkę. Inwentaryzuję cel. Chwilę go obserwuję, widzę po jego zachowaniu, że już mu instynkt daje znać o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Jest coraz bardziej nerwowy. Porusza się i zmienia miejsce. Teraz stanął i chwilę stoi. Czuję, że chwila ta nie potrwa długo. Podejmuję sztucer i celuję. Mam go w krzyżu. Czekam na dogodny moment na strzał. Widzę w lunecie jego potęgę i wielkość. Piękne trofeum i murowany złoty medal. Czuję swoje podniecenie, czuję bicie mego serca, czuję zapach swego potu. Wiem, że pachnę inaczej niż normalnie, po prostu to czuję i ten chrapliwy oddech. Skoro ja to czuję to na pewno czuje to i on. Rzeczywiście, pokazuje mi swój niepokój. Jego stan udziela się błyskawicznie współtowarzyszom stada. Obok stojące oryksy udają że ich to nie dotyczy i stoją na popasie nie zwracając uwagi na nic. Za moim bykiem ustawiły się dwie krowy i w bliskim sąsiedztwie z prawej i z lewej dwa sporo słabsze byki. Mówię do siebie: Andrew jesteś tylko człowiekiem a przed tobą niewinne życia. Czuję jak sztywnieje mi palec wskazujący, ten , którym zazwyczaj ciągnę za spust. Podejmuję decyzję- nie strzelać. Trzymam cały czas cel w krzyżu i widzę wokół stada unoszący się kurz. Jeden z osobników spłoszony czymś okrutnie zademonstrował galopem swój niepokój. Udzieliło się to reszcie. W kilkumetrowym tumanie kurzu zginęły wszystkie gnu i oryksy a gdy już opadł to pozostała pusta jak ocean sawanna. Dawno minęło południe więc udaliśmy się w drogę do bazy na lunch. Po obiadku i zimnym namibijskim piwku należna godzinna sjesta. Wyszło zmęczenie i to jedno półlitrowe piwko zakręciło mi się w głowie. Zatem ta godzinna drzemka zrelaksowała mnie jak serwis w salonie odnowy. Ruszyłem tym razem z Wolfgangiem na ambonę przy wodopoju. Usiedliśmy razem jak zwykle. Ja umościłem sobie siedzisko, wykonałem test składu na różne strony, przygotowałem kamerę fotograficzną i czekam. Słońce natrętnie mnie nęka swoimi promieniami. Najczęściej smaga moje odkryte dłonie. Są już lekko obolałe i szczypią mnie w momencie kontaktu ze słońcem. Używam filtrów i kremów po oparzeniach, ale mimo to jest to uciążliwe. Kolegom, którzy się wybierają polecam zabrać ze sobą rękawiczki z bardzo cienkiej skóry lub pekary. Wolfgang widzi moją udrękę i podaje mi butelkę wody mineralnej. Sam zaś siedzi jak posąg. W permanentnym bezruchu. Porusza tylko swoimi wielkimi i przekrwionymi ślepiami jak kameleon czy salamander czyhający na swoją ofiarę. Regularnie co godzinę pali jednego papieroska. Za którymś razem dał mu się we znaki, papierosek rzecz jasna. Dostał ataku kaszlu. Zrobił wówczas ze swojego zmęczonego kapelusza tłumik, tak, że kaszel był praktycznie niesłyszalny. Siedzimy i widzimy zbliżające się do wodopoju guźce. Patrzę w oczy Wolfganga, a on przecząco macha ręką równocześnie robiąc twarzą grymaś mówiący o słabym trofeum. Wiem, wiem, że nie będę strzelał to biorę kamerę i trzaskam zdjęcia rodzince guźców. One nie reagują na odgłosy wydobywające się z kamery. Zajęte są gaszeniem pragnienia. Pochłaniają wodę łapczywie niczym pijak na kacu, dużymi haustami. Przy tym chrapią i chrząkają. Gdy ugasiły pierwsze pragnienie to poczęły zwilżać swoje łby, robiąc sobie prysznic, najpierw z wody, później z błota. Ja z zachwytem uwieczniam te rytuały na karcie pamięci mojej cyfrówki. Przerywa mi zabawę mój „podprowadzający” dając mi kuksańca pod żebro i pokazuje na wodopój od góry. Ukazuje się monstrualnie wielki guziec, a właściwie potężny ma oręż i wygląda jak mały słoń z wielkimi ciosami. Wolfgang pokazuje mi ustami bez wydawania dźwięku „gold medal”. Chwytam za sztucer i z podniecenia uderzam o burtę ambony. Zwierzęta nie słyszą tego dźwięku, albo Święty Hubert miał mnie w opiece. Celuję na komorę, ciągnę za spust i nie słyszę wystrzału, poprawiam jeszcze raz naciąg iglicy i znowu nie strzela. Przeładowuję nabój i w tym momencie zacina się zamek. Patron utkwił w zamku. Chwilę się z nim mocuję ale kontem oka widzę, że guźiec się już napił i odchodzi. W ostatniej chwili udało mi się wyjąć zakleszczony nabój, załadować i oddać celny strzał. Padł w ogniu już w drodze od wodopoju. Oczywiście krótka sesja fotograficzna, tak na pamiątkę. Chwilę potem załadowaliśmy go na samochód i wróciliśmy do bazy na zasłużoną kolację. Assi potwierdziła wartość trofeum. Pogratulowała mi i oznajmiła, że polowanie omówimy po kolacji. Przy kominku po kolacji wypiliśmy kilka szklaneczek whisky. Pogadaliśmy o polowaniu, po czym zacząłem odczuwać ciężar mojej głowy, która z każdą chwilą stawała się cięższa i większa. Postanowiłem wsadzić ją pod natrysk. Poszedłem do swojego pokoju, rozebrałem się i pod prysznic. Nawet nie wiedziałem jak znalazłem się w łóżku. Poczułem tylko miękki dotyk poduszki i opadające powieki, które wyłączyły mnie jak sensor radia ,do samego rana.

Polowanie dzień trzeci.

Budzi mnie budzik o szóstej trzydzieści a w mojej głowie gra muzyka i słyszę słowa znanej piosenki „- budzikom śmierć”, słowa jak bardzo trafione w takiej chwili. Nad ranem śniło mi się, że właśnie poluję skutecznie na geparda. Już czułem jego zapach i ciężar jego ciała. Widziałem piękne centkowane trofeum. Potęgowała się w mojej podświadomości radość z jego pozyskania. Piękny sen, a tu nagle ten budzik. Wyszeptałem przez zaciśnięte zęby: - k..... mać, trzeba wstawać. W moim pokoju od rana słonce wchodziło przez małe okienko toalety. Było to małe pomieszczenie wyłożone kafelkami. Przez noc wychłodzone do temperatury może czterech stopni Celsjusza może pięciu. Poranna toaleta nie należała do przyjemnych, ale zawsze można powiedzieć że działała jak kubeł zimnej wody. Człek budził się natychmiast i jest od razu gotowy do startu w kolejny dzień przygody afrykańskiej. Ułożyłem na łóżku garderobę właściwą na ten dzień. Koszula safari, kamizelka, specjalistyczne „pustynne” skarpety i moje słynne buty z cholewami, oraz bryczesy. Moi gospodarze mówili o moich butach, że ostatnio takie w Afryce nosiło wojsko Romla. W istocie buty moje są nieco staromodne, ale ja lubię tradycję i taki styl. Ubrałem się i przygotowałem broń, amunicję i lornetkę. Na poranne wyjścia zabierałem często rękawiczki z cienkiej skórki. Chroniły najpierw przed zimnem, potem przed słońcem. Udałem się na śniadanie, bo kiszki grały mi marsza tak głośno, że ten pomruk słyszały wszystkie antylopy w buszu. Po śniadaniu i kawie pojechaliśmy w tzn. objazd. Siedziałem na pace, obok mnie Wolfgang. Jeździliśmy tak ponad cztery godziny. Małe przerwy wypełnione były podchodami do wodopojów. W profesjonalnych łowiskach podejścia ( ścieżki dla myśliwych) do wodopoju są sprytnie zamaskowane płotkami i stertami z gałęzi tak aby myśliwy nie był zauważony. Tego poranka Święty Hubert nie był dla mnie szczodry. Przy jednym z wodopojów były dwa szakale. Nawet udało mi się ich podejść, ale pudło. Strzelałem dwa razy i dwa pudła. Wróciliśmy do bazy. Byłem zły jak osa. Niewiele sztuk spotkaliśmy, nic nie było nic na strzał no i te dwa pudła. Był to poważny powód do niezadowolenia. Usiadłem niepyszny i wziąłem dwa głębokie łyki piwa. Dla rozluźnienia zapaliłem cygaro. Moją ulubioną Cohibę Nr.2. Popijałem piwo i czułem jak odpuszcza mnie i napięcie i zmęczenie. Delikatny wietrzyk rozwiewał dym z cygara. Zapach rozprzestrzeniał się po całym patio w którym siedziałem. Z kuchni wyjrzała Charlott’a zwabiona nieznanym jej zapachem cygara. Na jej twarzy pojawił się niewinny spontaniczny uśmiech. Biel zębów błysnęła niczym flesz aparatu. Odwzajemniłem się jej uśmiechem i puściłem zawadiacko oko. Schowała się zawstydzona. Z głębi kuchni usłyszałem głos Assi: - Siadajcie do stołu, podajemy lunch. Szybkimi łykami zakończyłem jeszcze zimną butelką piwa. Usiadłem do stołu. Jak już wcześniej wspominałem repertuar posiłków czyli menu było urozmaicone. Potrawy wykonane były z mięsa upolowanych antylop. Przyrządzane na wiele sposobów przy użyciu tamtejszych warzyw i owoców oraz przypraw. Wszystko to można nazwać „kuchnią kolonialną”. Nie wiem czy taki termin jest w słownikach kulinarnych, jeśli nie to jestem jego twórcą, bo to co można znaleźć na namibijskich stołach ma swoją odrębność i w żadnym razie nie przypomina tego co można zjeść w europejskich restauracjach. Zjedliśmy ze smakiem i wszyscy udali się na godzinną przerwę relaksacyjną do swoich kwater.

Tego popołudnia pojechaliśmy w objazd z Wolfgangiem tylko dwaj. Ja jak zwykle na pace, on za kółkiem. Słońce paliło mi dłonie. Mój nos na swoim grzbiecie po środku posiadał piękny strup, wielkości pięciozłotówki. Był to efekt działania promieni słonecznych. Część nosa osłaniało rondo kapelusza, ale jego fragment spalił się na skwarkę. Ratowałem się nakładając nań grubą warstwę kremu po oparzeniach słonecznych na noc i filtru na dzień. W istocie pomagało, bo po powrocie do Polski śladu po strupie nie było. Jednak uwieczniony został na fotografiach, gdzie pozowałem przy moich trofeach. Jechaliśmy tego popołudnia niezwykle długo. Natrętne słońce nękało mnie, powodując zdenerwowanie. Napięcie rosło równolegle do temperatury, która to równolegle z nim wieczorem spadała. Co kilka chwil Wolfgang zatrzymywał samochód i pokazywał mi palcem kierunek , w którym powinienem wytężyć wzrok. Po jakimś czasie ukazywał mi się kontur zwierza. Na pace było niebosko niewygodnie i  ławka na której siedziałem obijała mi tyłek do bólu. Właściwie to tego dnia miałem już dosyć i myślałem, kiedy wreszcie wrócimy do bazy. Na skrzyżowaniu dróg z bitego gruntu Wolfgang zatrzymał Toyotę i wyłączył motor. Puknął w dach wozu palcem, ale było to zbyteczne. Zobaczyłem tym razem równolegle z nim zmierzającą w naszym kierunku antylopę. Szła skrajem buszu. Znajdowała się w odległości 350 metrów i jeszcze nie wiedziałem co to za gatunek i płeć, ale cały czas zmierzała ku mnie jak wysłana przez Św. Huberta. Gdy zbliżyła się na dwieście metrów zobaczyłem, że jest to hartebeest czerwony, byk, bardzo ładny pod względem trofealnym. Moje spostrzeżenia potwierdził mój podprowadzający i kiwnął głową, co oznaczało: strzelaj. Poprawiłem swoją pozycję strzelecką, prawą rękę w szerokim rozstawie oparłem o dach samochodu. Zrobiłem próbny skład, miałem go w krzyżu, ale był jeszcze daleko. Myślę, że na dwieście metrów i na sztych. Szedł w dalszym ciągu w naszą stronę. Zrobił jeszcze trzydzieści metrów i stanął łbem w stronę buszu, wobec mnie na blat. Podjąłem decyzję o strzale, ale niestety za późno, bo byk odwrócił się do mnie na sztych i znowu zrobił dwadzieścia metrów w przód. Pochylił łeb i zaczął zajadać swoje trawiaste przysmaki. Potem jeszcze się przybliżył ze dwadzieścia metrów i ustawił mi się na tz. blat. Tym razem wycelowałem i strzeliłem. Byk zrobił susa w busz. Ja widziałem w lunecie jak w trakcie skoku jego kopyta skierowane były ku górze, sugerując, że pada na plecy. Instynktownie pewny byłem strzału. Coś mówiło mi, że leży w ogniu. Wolfgang był innego zdania. Powiedział, że trzeba wezwać czarnych tropicieli bo byk poszedł w busz, ale najpierw obejrzymy miejsce postrzału. Tymi tropicielami to mnie straszył po każdym strzale, tak często, że się przyzwyczaiłem do tego gadania.

Obydwaj wzięliśmy karabiny i udaliśmy przed siebie, aby sprawdzić ślady postrzału. Szliśmy kilka minut. Oczywiście Wolfgang szedł pierwszy, bo rzadko kto za nim mógł by nadążyć. Był bardzo długi i miał długie nogi i nieziemską w nich siłę. Jak szedł to ziemia dudniła. W Afryce ziemia jest wyjątkowo bardzo ubita, ale pod tą warstwą muszą być pokłady gruntu o mniejszej gęstości, bo jak się idzie krokiem marszowym to dudni ona jak  afrykański tam-tam. Wolfgang miał taki właśnie wydłużony marszowy krok i jak szedł to pod nim ziemia dudniła nadając mu niezwykłej wielkości. Zresztą wszystko robił w rytmie marszu. Taki po prostu Niemiec z krwi i kości, na dodatek z ogromnym poczuciem swojej narodowości i tożsamości. Jednak czasami mawiał, że jest również afrykanerem. Doszliśmy wreszcie do miejsca w którym hartebeest reed był strzelany. Ku wielkiemu zdziwieniu Wolfganga, zwierze leżało dwa metry od miejsca postrzału przy pierwszym krzaku zaznaczającym granicę buszu. Obejrzał tuszę i powiedział: Dobry strzał. Na ogół niewiele mówił, właściwie to jak nie musiał to nie mówił nic i to była jego wspaniała cecha, bo nie był przynajmniej męczący. Upozowaliśmy zwierze do fotografi. Mój podprowadzający cyknął mi kilka zdjęć. Zachwycał się rogami. Pod nosem chrząkał: piękne trofeum, złoty medal. Masz Andrew szczęście. Ja nie ukrywałem zadowolenia i z przyjemnością przyjmowałem od niego gratulacje. Wciągnęliśmy tuszę na pakę i pojechaliśmy do obozu. Tam tylko ustaliłem, że chcę mieć z niego medalion i proszę o zdjęcie i zakonserwowanie tej części skóry. Czarni pracownicy Assi zajęli się resztą, a my udaliśmy się na kolację. Przy tej okazji powiem, że zawsze należy kontrolować przygotowanie trofeum. Koniecznym jest, żeby dokładnie wytłumaczyć jaką część skóry zabieramy i czaszki. Doradzam również, żeby w miarę możliwości doglądać wstępną preparację. Obsługa łowiska, przeważnie czarna, pomimo że robi preparację tysiące razy to specjalnie się do tego nie przykłada. Należy kontrolować, czy skóra została dobrze zdjęta, nasolona i wysuszona. Niedokładna preparacja wstępna może doprowadzić do zniszczenia skóry. Radzę również swoje trofeum dokładnie obfotografować. Tak dla pewności. Muszę powiedzieć, że zdaża się sporo pomyłek przy wysyłce i są później rozczarowania. Pilnować swego!

Polowanie dzień czwarty.

O szóstej trzydzieści rutynowa pobudka i za piętnaście siódma śniadanie a o siódmej wyjazd. Dzień był wyjątkowo wietrzny. Wraz z kurzem unosiły się w powietrzu zeschnięte krzaki uformowane w kule. Słońce z uporem przebijało się przez niewielkie chmury. Wiatr poruszał samochodem tak, że ten kiwał się jak statek na morzu. Ja zaś miałem pełno drobnego piasku pomiędzy zębami i w oczach. Wypowiadałem co chwila niecenzuralne słowo po polsku, to na „k”. Przeliczyłem się, bo w tym łowisku Polacy są znani od kilkunastu lat i czarni tropiciele i Wolfgang uśmiechali się pod nosem, słysząc co mówię. Czasami nawet powtarzali nieudolnie. Miałem powody i się nie wstydzę. Wiało jak cholera i nic nie wychodziło nam na przeciw. Zwierzyna zadekowała się w buszu. Jeździliśmy dalej. Tu też jest takie przysłowie jak w Polsce, że pogoda do „polowaczki” jest tylko dobra lub bardzo dobra. Wiatraki kręciły się robiąc przy tym masę hałasu. W Namibii w łowiskach komercyjnych są wybudowane wodopoje, które to zobowiązują żyjącą tu zwierzynę do bytowania w „rozsądnej” odległości od wodopoju. Czyli robią tu za taki niewidzialny powróz. Wodopoje zaś zasilane są wodą czerpalną ze studni głębinowych. Studnie a właściwie egzystujące w nich pompy zasilane są siłą wiatru i pompują wodę do ogromnych zbiorników, rezerwuarów, usytuowanych z reguły na wzniesieniach. Usytuowane poniżej wodopoje są zasilane w wodę podziemną siecią rur na zasadzie naczyń połączonych. W łowisku na każde 5-8 tysięcy hektarów jest jeden taki wiatrak i dwa lub trzy wodopoje. Wszystkie wiatraki mają konstrukcję bardzo prymitywną i wykonane są ze stali metodami kowalskimi, tak więc wszystkie części metalowe poddane energii kinetycznej poruszając się wydają całą gamę przeraźliwych dźwięków. Każdy wiatrak wykonywał inny kowal i każdy jest inną orkiestrą w czasie ostrych wiatrów. Gdy te odgłosy na siebie się nakładają, a czasami to się zdarzało, że równocześnie słychać było dwa wiatraki, to napawa człowieka przerażenie. Dreszcze chodzą po plecach od tej diabelskiej muzyki. Umęczeni pogodą mając pod bielizną w nosie i w ustach piasek i kurz, w samo południe zjechaliśmy do obozu na lunch. Zaraz po krótkim wypoczynku wyjechaliśmy w podchód. Pojechaliśmy najpierw na sawannę, ale tam było pusto. W oddali pasło się kilka pręgowanych gnu i dwie zebry stepowe. Były bardzo daleko. Zapłonęła we mnie iskierka nadziei na pozyskanie zebry bo dzisiaj zobaczyłem ją po raz pierwszy. Czyli zebry są w tym łowisku, to dobrze- pomyślałem. Wolfgang zadecydował odwrót. Wsiedliśmy na samochód i ruszyliśmy w nieznanym mi kierunku. Dojechaliśmy do wodopoju, przy którym często widywano geparda. Przynajmniej tak twierdzili tropiciele. Jednak tym razem dla ich bezpieczeństwa zostali przy samochodzie a ja i Wolfgang ruszyliśmy w podchód. W tradycyjnej już kolejności. On pierwszy ja za nim. W miarę dosięgania celu dystans pomiędzy mną a nim rósł. Szliśmy bardzo po cichu, uważając na ciernie i dołki. Wolfgang już był przy ogrodzeniu maskującym drogę do wodopoju od samochodu a ja około trzydziestu metrów za nim. Jak zwykle swoim powłóczystym spojrzeniem ogarnął teren, przykucnął i dał mi znak abym podchodził w kucki i po cichu. Serce zabiło mi jak Dzwon Zygmunta w Krakowie. Słyszałem jak wali niczym salwy artylerii. Myślę sobie, mój wymarzony gepard to przecież tu po niego przyjechałem. Będzie mój tym razem, dopadną go. Spokój tylko spokój- powtarzałem sobie w myślach. Mina Wolfganga była tajemnicza. Pojawiły się u mnie na czole i skroniach wielkie krople potu. Z podniecenia zapewne. Serce najwyraźniej odczuwało nową dostawę adrenaliny. Myślałem że wyskoczy ze mnie dusza. Dotarłem wreszcie do podprowadzającego. Nawet nie czułem skurczu, który złapał mnie w nogę. Chciałem jak najszybciej zobaczyć mojego geparda. Spojrzałem na pole przez maleńką szparkę w ogrodzeniu, czy maskownicy. Nie wiem jakie określenie jest tu najwłaściwsze. Było to z dziesięć słupków wbitych w ziemię o wysokości 170 cm. Do słupków przytwierdzona była mata z patyków. Taka blenda o wysokości  dwóch metrów i długości może dziesięciu metrów. Od strony wodopoju było to jeszcze zamaskowane stertą gałęzi. Przez szparkę zobaczyłem na pewno nie geparda lecz całe stado liczące z pewnością więcej jak trzydzieści sztuk czarnego gnu inaczej zwanego białoogoniastym. Wszystkie sztuki leżały przy wodopoju. Miały sjestę. Ich czujność była kompletnie uśpiona. Leżały jak foki na plaży kompletnie bezbronne. W mojej głowie rozpoczął się proces myślowy i debata na temat czy etycznie czy nie. „Karuzela w mojej głowie” tak jak w piosence. Przerwał to wszystko Wolfgang mówiąc mi: „- Zaraz wszystkie wstaną, wybierz największego byka i strzelaj jak tylko wstanie, bo potem pogalopują” Przez szparę – odpowiadam mu „– Tu wszystkie są wielkie”. Wybałuszył przez drugą szparę swoje przekrwione ślepia i rzekł do mnie: „-Czwarty od lewej jest najlepszy ze wszystkich, byk i piękne trofeum” Niemiec miał rację. Po chwili stado wstało. Najwidoczniej złapały nasz wiatr. Stały się nieco niespokojne. Ja przyjąłem pozycję strzelecką stojącą, oparłem sztucer na trójnogu i trzymam moją sztukę w „krzyżu”. Na środku łopatki jest czerwony punkt celownika. Zwyczajowo poprawiłem skład i buuum. Byk „zaznaczył”. Klasyka, zrobił świecę do góry, ale pogalopował, zresztą jak cała reszta. Błyskawicznie przerepetowałem nie odrywając oka od okularu. Wycelowałem w to samo miejsce tylko na inną stronę, bo byk był już w ruchu. Na chwilę przystanął i drugie buuum. Słyszę krzyk Niemca do mojego ucha: „- Już nie strzelaj, nie strzelaj”. Po woli opadają kłęby kurzu. Stado w galopie zniknęło w buszu. Nastaje cisza a echo odgłosy kopyt zagnało już pewnie daleko na sawannę. Powietrze staje się przejrzyste. Spoglądam na miejsce postrzału i ku mojemu zdziwieniu leżą obok siebie w odległości pięciu metrów dwie sztuki. Po prostu dublet „mimo woli”. Wolfgang gratulował mi ze dwadzieścia razy, bo to najdroższe sztuki w łowisku, po tysiaku. Nikt mi nie obiecywał że nie będzie pomyłek. Z honorem przyjąłem gratulacje. Złość zamieszkała w mojej duszy. Głupio zrobiłem i nie mogłem sobie tego podarować. Jednak musiałem, bo zasady są tu sztywne jak w interesach. Za pomocą wyciągarki załadowaliśmy tusze na samochód i do bazy. Pracownicy Assi zajmujący się mięsem mieli bardzo dużo roboty. Ja usiadłem sobie z piwkiem a na przeciwko moja gospodyni. Było jeszcze wcześnie. Widziałem, że Assi chce rozpocząć dialog, lecz nie ma koncepcji tematu. Jako gentelman wybawiłem ją z opresji i rzekłem: Wiesz, Assi w Polsce to z języków bydlęcych przyrządza się smaczną potrawę. Powiedziałem to, bo miałem pewien plan. Wcześniej widziałem często na naszym stole polski chrzan w słoiku. Jakaś polska firma eksportowała go nawet tutaj do Namibii. Niemcy z którymi miałem przyjemność jadać posiłki bardzo sobie chwalili chrzan jako dodatek do mięs. Przekazałem Assi przepis na ozorki w sosie chrzanowym. My tu dotychczas języki antylop utylizowaliśmy, ale tym razem skorzystamy z twojego przepisu- rzekła właścicielka łowiska. Pobrali z moich gnu ozory i po wstępnym przygotowaniu rozpoczęli gotowanie w bulionie. W międzyczasie Musha zrobiła sos chrzanowy wg. moich wskazówek, i ugotowała ziemniaczki, które później starannie ugniotła. Na kolację danie było gotowe i wjechało na nasz stół ze szczególnym pietyzmem i celebracją. Było to bowiem  danie rodem z Polski, ale z namibijskim akcentem. Przecież ozory należały do gnu białoogonoastego. Zaraz miałem skojarzenie bramy wjazdowej na farmę i dwóch masztów z flagami polską i namibijską. Do ozorków zimne lokalne piwko. Palce lizać. O dziwo moim gospodarzom też bardzo smakowało. Mushka po kolacji rzekła :  „-Już nie będziemy wyrzucać ozorów, są zbyt dobre!” Po biesiadzie rytualne rozmowy przy kominku do pierwszego ziewania. Pierwsze dwa razy stłumiłem ziewanie, które było odzwierciedleniem znużenia, a gdy zobaczyłem otwarte buzie moich wspótowarzyszy i i ja nie hamowałem się. Po niedługim czasie wszyscy byliśmy już w łóżkach. W Namibii dzień zaczyna się wcześnie ale wcześnie się kończy.

Polowanie dzień piąty.

W zasadzie dzień najmniej udany z całego pobytu i powinienem zachować go tylko w moich wspomnieniach, ale wydarzyło się kilka drobnych i ciekawych historii, o których napiszę. Rano po śniadaniu usiedliśmy na ambonie, gdzie według naszych tropicieli miały przyjść oryksy. Oczywiście nie pojawiły się. Wcześniej widywałem je wielokrotnie, czekając jednak na mojego złotomedalowego byka. U oryksów zarówno byk jak i krowa mają rogi. Krowa posiada nawet nieco dłuższe lecz cieńsze. Byki mają krótsze i masywne. Ja marzyłem o kapitalnym byku i takiego wypatrywałem do znudzenia. I nic. Może po godzinie zasiadki w kompletnym bezruchu ( tu muszę powiedzieć, że w Afryce na ambonach należy siedzieć bardzo cicho, bezszelestnie, bo zwierzyna natychmiast słyszy każdy szmer) Podprowadzający trącił mnie w ramie pokazując prawą stronę. Z krzaków wyłonił się szakal. Było to dziwne zjawisko bo szakale prowadzą nocny tryb życia i za dnia nie pokazują się zazwyczaj. Szedł sobie po przekątnej i zachowywał się bardzo podobnie do naszego europejskiego liska. Robił nieufne kroki i rozglądał się wprawo lewo i do tyłu. Zanim przemierzył trzydzieści metrów miałem go w krzyżu. Nie było czasu na rozmyślania. Strzeliłem i zdołowałem. Kula wyrzuciła w powietrze durzą garść ziemi. Szakal jak oparzony wyskoczył w powietrze na dwa metry i jak wylądował to pognał przed siebie niczym strzała wypchnięta przez cięciwę. Miną jakiś czas. Może dwie godziny, może nie. Mieliśmy dobry wiatr w twarz. Wypatrywałem oczy w lewo i prawo. Zawsze Wolfgang był pierwszy. Tym razem również, trącając mnie w ramie pokazał mi rodzinkę guźców zmierzającą do wodopoju. Nie miałem zamiaru strzelać, bo już guźca miałem na rozkładzie i drugiego już nie chciałem. Jest to zwierzę, którego Stwórca pozbawił urody. Na mnie robił wrażenie wręcz obrzydliwego. Ale zawsze lubiłem patrzeć na ich zachowanie przy wodopoju, błotne kąpiele, hierarchię ważności i kolejności spożywania napoju itd. Śmiesznie podskakiwały na swych krótkich nóżkach i chrumkały zabawnie. W swoim zachowaniu guźce sprawiały wrażenie sympatycznych lecz nieco głupich stworzeń. Wychodziły do wodopoju „na otwarte” nawet wtedy kiedy inne gatunki były zadekowane głęboko w buszu z powodu niebezpieczeństwa. Można wysnuć teorię, że guźce są mało przewidywalne i ograniczone w poczuciu zagrożenia, bo teoria iż są wyjątkowo odważne jest śmieszna. Ta taplająca się w stawie rodzinka guźców nawet nie zauważyła jak w ich kierunku zmierzał jeden naprawdę okazały osobnik. Wyszedł z buszu i poruszał się kłusem do wodopoju. Był zwartej budowy, duży i prawie pozbawiony owłosienia. Widziałem jego lewy bok. Miał skubaniec niewyobrażalnie dorodny oręż. Podniosłem lornetkę i spojrzałem w okular. O Boże- wyszeptałem. Wyglądał niczym mały a właściwie miniaturowy mamut z ogromnymi ciosami. Serce mi zabiło. Podniecenie powodowało drżenie rąk i szybki oddech. Wolfgang uśmiechał się pod wąsem i pokazał znak abym nie chwytał za sztucer. Następny znak to było: „- Obserwuj go uważnie, jest złym trofeum”. Rzeczywiście. Samiec miał oręż tylko z jednej strony gwizdu. Drugą stronę stracił w walce, zapewne wiele lat temu. Dzisiaj nie znalazłby śmiałka, który ruszyłby z nim w konkury. Zresztą u guźców oręż mają również i lochy i warchoły, lecz znacznie mniejsze jak odyńce. Nasz olbrzym zajął centralne miejsce w babrzysku i siedział tam ponad pół godziny, do woli, aż wychłodził dostatecznie skórę. Jeszcze parę łyków zimnej wody i poszedł wolnym krokiem w busz. Za niewielką chwilę cała reszta udała się jego tropem. Przy wodopoju zrobiło się pusto. Wiał niewielki wietrzyk, tworząc kurz i poruszanie się końcówek traw. To właśnie zjawisko, czyli poruszanie się roślin na wietrze, było dla mnie uciążliwe. Każde takie poruszenie budziło moja wyobraźnię i natychmiast „bystrzałem”. Tak kilkanaście razy i człowiek był gotowy. Gdy wtedy wyszło coś na strzał, to traciłem koncentrację i prawdziwe skupienie. Fakt ten zapisałem w notesie, aby w domu wyćwiczyć umiejętność nie poddawania się dekoncentracji. Do południa nie wydarzyło się nic więcej. Od siedzenia i bezczynności rozbolał mnie tyłek. Wróciliśmy na farmę. Pora lunchu i odpoczynku. Może św. Hubert da po południu. Zobaczymy- pomyślałem. Niestety popołudnie nie przyniosło mi niczego, czym mógłbym się pochwalić. Jednak przydarzyła mi się jedna przygoda. Dzień był wietrzny i w łowisku w którym zwyczajowo jest cisza jak makiem zasiał, słychać było rzężenie wiatraków i pomp wodnych. Dźwięki te nieziemskie zagłuszały wszystko to co daje nam przyroda i koi nasze miejskie uszy. Pojechaliśmy z Wolfgangiem w tz. objazd. Kręciliśmy sie ponad dwie godziny wokół wodopojów i przesmyków, którędy zwierzyna robi sobie „przejścia”.  Przy jednym z wodopojów, wspólnym dla zwierzyny dzikiej i bydła domowego, które tu było zapędzane na wypas, zobaczyłem tajemny ruch ręki Wolfganga. Niemiec w ten sposób, językiem migowym pokazał mi, ze jest coś interesującego opodal. Wytężałem wzrok i po chwili ujrzałem kudu byka, dosyć młodego z ładnymi , dorodnymi rogami. W jego towarzystwie znajdowały sie jeszcze dwie krowy i dwa cielaki. Stado zajęte było sobą i nie zwracało uwagi na zewnętrzne bodźce. Udało nam się podejść ich na czterdzieści, może trzydzieści metrów. W każdym razie bardzo blisko. Niemiec zachęcał mnie do strzału, bo to dla nich kasa. Uznałem, że mam na rozkładzie już kudu, a ten osobnik niczym nie jest lepszy od mojego, można nawet powiedzieć, że jest nieco gorszy. Zresztą, jesteśmy blisko i każdy najmniejszy ruch mógłby go spłoszyć. Ja nie lubię strzelać z pastorału. Mam stres, że strzał może być nie- celny lub zwierzyna zostanie zraniona. Wolę strzelać z stabilnego oparcia i pewnego składu. Właściwie to juz za późno na wszelkie dywagacje, bo byk nas widzi. Przygląda się nam z niedowierzaniem, jakim to cudem jesteśmy tak blisko niego. Ja i mój kompan stoimy w kompletnym bezruchu. Słyszę bicie serca mojego i Wolfganga. Nawet czuję w tej koncentracji ruch powietrza powodowany naszym mruganiem. A byk nam się przygląda. Zadaję sobie pytanie: - Co on myśli sobie w tej chwili?. Kim my jesteśmy?. Czy czuje zagrożenie?. Minęło parę sekund i całe towarzystwo prysnęło do buszu. Uczynili to w pięknym stylu niczym konie na zawodach hipicznych, skacząc przez przeszkody. Dla moich kudu tymi przeszkodami były wysokie krzewy i sterty suchych gałęzi zwiezione i ułożone pewnie w jakimś celu. Zwierzęta te są naprawdę genialnymi skoczkami. Skoki ich są wykonywane z wielką gracją i lekkością. Są długie i wysokie. Kudu sprawiają wrażenie, że lecą niczym pegazy. Tak, te skoki kudu z pewnościa można nazwać lotami. Charakterystyczne jest jeszcze to, że nie potrzebują rozbiegu. Robią to niemal z miejsca. Ale się napatrzyłem tym razem. Nie postrzelałem, ale to co zobaczyłem również było satysfakcjonujące. Całą drogę powrotną do farmy gadaliśmy z Wolfgangiem o zwyczajach kudu. Opowiedział mi kilka ciekawych historii, które zaobserwował w czasie swojej dwudziestoletniej ,afrykańskiej przygody.

Polowanie dzień szósty.

To był dzień, który zapamiętam na długo. W trakcie wczorajszej kolacji Assi oświadczyła, ze w łowisku jest gepard. Tropiciele jej donieśli o mnogości tropów geparda w łowisku. Był to dorosły samiec, wyjątkowo duży i żarłoczny. Również przekazali wieści o dziwnym zachowaniu się zwierzyny w łowisku. Zazwyczaj w takich sytuacjach naturalnego zagrożenia zwierzyna siedzi w buszu i nie wychodzi na otwartą przestrzeń, co miało właśnie miejsce. Kot dopiero  po udanym polowaniu, gdy zaspokoi swój głód odchodzi w miejsce odpoczynku, gdzie nie stanowi zagrożenia dla stad w buszu i sawannie. Wówczas wraca wszystko do normy. Assi zarządziła polowanie na geparda. Polowanie miało się odbyć rano z tzn. podjazdu a wieczorem z zasiadki na ambonie. W mojej głowie zaczęło się kotłować. Przecież gepard to moje marzenie, to cel przyjazdu do Afryki. Myśli kręciły się wokół geparda. Jak ja do cholery usnę tej nocy? Czy moje najskrytsze marzenia się spełnią. Czy będę tym szczęśliwcem. No bo geparda pozyskuje tylko ten kto ma podwójne szczęście. Pierwsze szczęście to spotkać kota „na otwartym” drugie to trafić. Podniecenie z każdą chwilą rosło. Sny ostatniej nocy były kolorowe i bardzo naturalne, ale czy się spełnią. Po śniadaniu wyjechaliśmy w „obiazd”. Tropy były w wielu miejscach. Czarni asystenci szukali ewentualnych łupów kota, może śladów polowania czy wręcz pozostałości po jego uczcie. Pewne było, że był sam i był to „wielki facet”. Nie jestem w stanie opisać co czułem tego dnia. Jak radar wyłapywałem każde słowa tropicieli, choć mało z nich rozumiałem, bo mówili po afrykanersku. Ale połykałem je , jak również ich gesty. Przez grzeczność lub respekt czasami tłumaczyli mi łamanym angielskim. Wolfgang - mruk  niemiecki mówił mało, choć on bywał dla mnie najbardziej zrozumiały. Też i jemu zależało, żebym strzelił tego geparda, bo to kasa przecież. Ja byłem mocno zainteresowany wszelakimi informacjami i otwarty na wiedzę o sytuacji. Pełne wariactwo. A w nim wysoka adrenalina i żaden efekt do południa. Znaczy się , tropiciele i Niemiec zrobili taką wirtualną mapkę przemieszczania się kota. Miałem nadzieję, że będą wiedzieli gdzie mamy usiąść po południu na zasiadkę. Po lunchu, który z wiadomych przyczyn zjadłem w pośpiechu, również pośpieszając Niemca, pojechaliśmy w miejsce dużego prawdopodobieństwa pokazania się geparda. Bardzo po cichu doszliśmy pięćset metrów i wspieliśmy się na wysoką ambonę. Przygotowałem sprzęt, lornetkę i sztucer znaczy się. Widok z mojego miejsca doskonały. Wykonałem jeszcze próbny skład. Wszystko gra. Ok. W zasięgu wzroku mam odsłoniętą powierzchnię około pięciu hektarów. W odległości stu dwudziestu metrów od ambony jest wodopój. Taki sztuczny zbiornik imitujący staw, ciągle zasilany nowa wodą. Ale po zwierzynie śladu nie ma, pustynia po prostu. Nawet myszki. Gdzie nie gdzie jakiś ptaszek mignie. Źle to widzę- pomyślałem. Po chwili w stawie znalazła się kaczka z potomstwem- czterema małymi. Może po dwóch godzinach do wodopoju wyszedł guziec. Wychodził bardzo nieufnie. Ciągle podnosząc łeb zaciągał. Niemiec pokazał mi na migi, że w buszu musi znajdować się kot. Było to całkiem prawdopodobne. Twierdzę tak, bo zachowanie guźca nie należało do zwykłych. Poruszał się nerwowo i energicznie. Mówiąc językiem młodzieżowym: był elektryczny. Do wodopoju podbiegł, wypił potrzebną ilość wody i biegiem zniknął w buszu. To chyba dobry znak. Pewnie wyjdą kolejne guźce, może również młodzież. To niezła gratka dla dużego kota. Gepardy uwielbiają guźce, szczególnie warchlaki. Są łatwą zdobyczą i niezwykle smaczne i lekkostrawne a zarazem kaloryczne. Same plusy. Czekaliśmy jeszcze dwie, cholerne godziny i nic. Nie pokazał się gepard ani nic innego. Ten dzień nie przyniósł mi żadnego trofeum a maksymalną ilość adrenaliny, stresu i nerwów. Ale i tak się opłacało, bo to kolejne doświadczenie i bardzo poważna lekcja pokory. Jednocześnie dowód nie tylko dla mnie, że tu w Afryce w łowiskach komercyjnych, polowanie nie polega na zabijaniu zwierzyny w zagrodach, tak jak uważa wielu kolegów w Polsce. Jest to najzwyklejsze polowanie oparte na umiejętnościach strzeleckich myśliwego i jego szczęściu, doświadczeniu podprowadzającego, no i zależne również od Sw. Huberta od którego tak naprawdę zależy wszystko. Wieczorem po kolacji omawialiśmy dzień i podsumowanie było takie: Wiele osób się narobiło, Andrew miał stres i nic nie pozyskaliśmy. Jutro próbujemy dalej. Ustaliliśmy, że rano przed świtem do buszu udadzą się tropiciele i po ich powrocie  przy śniadaniu ustalimy gry plan. Chwilę później rozeszliśmy się do łóżek. Nazajutrz czekał nas kolejny długi dzień intensywnego polowania. Polowania komercyjne w Afryce trwają zazwyczaj czternaście dni. Tak jak turnus wakacyjny. Jest to dostosowane do współczesnego modelu życia. Myśliwi w swojej zawodowej pracy mają ograniczenia w ilości dni wolnych i z reguły mają urlop od czternastu do trzydziestu dni. Organizowane dla nich safari trwa zgodnie z wymogami równie krótko. W wieku dziewiętnastym, do Afryki przybywali na safari tylko nieliczni z Europy czy Ameryki. Podróż drogą morską trwała trzy tygodnie do miesiąca i tu na miejscu w taborze konnym kilka miesięcy. Tak więc safari stawało się całą wyprawą, na która było stać nielicznych i również mało kto mógł opuścić na tak długo swoją rodzinę. Dzisiaj trzeba dostosować się do współczesnego myśliwego. Główna metoda jaką stosują tu właściciele łowisk to intensyfikacja polowania. Przeznacza się na nie około dziesięciu godzin dziennie. Od świtu do zmierzchu z przerwą na lunch. Taki tryb życia jest obiektywnie męczący, ale nikt tu nie protestuje, bo to co robi, robi z miłością i pasją. W moim przypadku są takie dwa aspekty z których czerpię zadowolenie. Pierwszy to materialny. Oznacza to, że już od kompletowania ubioru na safari do pokotu każdy moment przynosi satysfakcję. Drugi aspekt to sfera niematerialna, czyli ta duchowa. To marzenia, to planowanie, analizowanie sytuacji, które już miały miejsce i tych, które mogą się wydarzyć. Na dwa opisane wyżej aspekty miałem wystarczająco dużo czasu, a zatem i przyjemności wiele. Kładąc się do łóżka coraz częściej myślę o powrocie do Afryki w przyszłym roku.

Polowanie dzień siódmy.

Od rana wszyscy w bazie mówią o gepardzie. Mnie udziela się to chyba najbardziej. Błagam Świętego Huberta, żeby mi go podarował, niech nie daje mi więcej lekcji pokory, bo mam jej dosyć. Geparda, geparda mi daj Patronie. Poczułem ciepło i poczułem oddech Świętego. Tym razem dał mi nadzieję, za którą też podziękowałem. Pojechaliśmy. W drodze ustaliliśmy, że rozmawiamy tylko językiem migowym i poruszamy się bezszelestnie. Tropicielom przychodziło to z łatwością, bo każdy z nich nie ważył więcej jak pięćdziesiąt kilo. Gorzej z nami. Chociaż Niemiec miał opanowane „kocie ruchy”. Był komiczny, nieco niesamowity, bardziej podobny do rośliny miotanej na wietrze, może wielkiej meduzy,  niż człowieka. Ja o wiele niższy na jego tle. Widok musiał bawić Murzynów do skrętu kiszek. Na szczęście czuli respekt i zachowywali powagę. Wskazali miejsce i cichaczem oddalili się do drugiego auta i pojechali na farmę, zostawiając nas samych. Marzyłem o gepardzie. To miejsce było inne niż to wczorajsze chyba dla kocura wymarzone. Teren był pagórkowaty i pofałdowany, otoczony krzakami. Wodopój nieco mniejszy. Dostąp do wodopoju również był inny, jakby trudniejszy. Nie wiedziałem sam co mam myśleć o tym miejscu. Zresztą, tak naprawdę to czasu było tak mało bo zdążyłem usiąść i kątem lewego oka zobaczyłem wyłaniające się z buszu dwa oryksy. Nie rozumiem jak mogły nas nie słyszeć, nie widzieć, bo przecież przyszliśmy z tek samej strony, tyle, że my dziesięć minut wcześniej. Jeszcze raz sprawdza się moja teoria o Świętym Hubercie. Idą dostojnie i powoli. Dorosła piękna para byk i krowa. Obydwoje z pięknym medalowym trofeum na łbie. Zamarłem. Tym razem byłem pierwszy i ja najpierw zobaczyłem oryksy. Siłą rzeczy, bo od strony Niemca nie było ich widać. Dał mi pozwolenie strzału. Wybrałem byka. U oryksów krowa ma rogi nawet dłuższe od byka, nieco cieńsze i gładsze. Rogi byka są bardziej wyraziste, bardziej zaznaczone karby, grubsze, cięższe w masie, lecz zazwyczaj krótsze. Obydwa stworzenia dotarły do wody. Mogłem im się przyjrzeć. Czasu niestety było mało, bo złapały wiatr. Wiedziały, ze nie są same przy wodopoju. Złożyłem się, złapałem światło lunety, środek krzyża naprowadziłem na wysoką komorę oryksa, nabrałem powietrza w płuca i w kompletnym bezdechu oddałem strzał. Brawo! Brawo! – Krzyczał Wolfgang. Oryks padł w ogniu. Krowa uszła. Potem żałowałem, bo mogłem pokusić sie o dubleta. Był możliwy i mało ryzykowny. Zresztą żałuję do dzisiaj, że nie strzeliłem dwa razy. Na popołudniowym wyjściu działo się niewiele. Odczuwalny był pobyt geparda a właściwie gepardów w łowisku. Zwierzyna siedziała w ostoi i nie wyściubiała nosa z buszu. Po długim oczekiwaniu wyszły do wodopoju w stadzie hartebesty. Nie na strzał, młode i głównie krowy, czyli osobniki płci żeńskiej. Jedyne co to miałem okazję zrobić trochę fotek. Po nich przyszedł stary pojedynek guźca. Nie przypadł mi do gustu ten gatunek ze względu na swoją wątpliwą estetykę. Mam już jednego na rozkładzie, temu darowałem. Tylko Niemiec wykrztusił między zębami: „-twój lepszy, złoty medal”. Wróciliśmy do bazy. Przy posiłku zrobiliśmy małe podsumowanie dnia, a po kolacji podsumowanie mojego pobytu, który niebawem miał się skończyć. Byłem nie swój i coś mnie wiecznie dręczyło. Prawdopodobnie gepard, który jeszcze nie leżał na rozkładzie. Wkurzałem się, a potem tłumaczyłem sobie, ze to tylko polowanie i nikt tu gwarancji nie daje. Ale jednak w tym wewnętrznym pojedynku wygrywało moje ego. Byłem zły, że jeszcze nie pozyskałem geparda. Kot był moim marzeniem i to nieosiągalnym. Zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że zostało mi tu tylko dwa dni pobytu i szanse na kocura są małe. Nie mogłem spać. Każdy sen, nawet ten popołudniowy dotyczył polowania na geparda. W głowie była cały czas bitwa rozsądku z nadzieją. I jak u każdego myśliwego zwyciężała nadzieja. Bo czym byłaby nasza pasja bez nadziei. Ile mniej przyjemności mielibyśmy bez wyobraźni i marzeń. Lekko uspokojony udałem się do mojego pokoju, wiedząc, że i tak mój sen będzie krótki i ciężki ze względu na ogrom myśli w mojej głowie. Położyłem się do łóżka i starałem się zasnąć. Z trudem mi się to udało.

Polowanie dzień dziewiąty.

Wstałem zaraz po szóstej i jak co dzień poranna toaleta. Wcześniej o tym nie pisałem, ale rano zawsze używałem bezzapachowego mydła. Takie zwykłe mydło dla alergików, które nie posiada żadnego zapachu. Również antyprespiranty bezzapachowe. Dzika zwierzyna ma doskonały węch, często lepszy od wzroku i słuchu. Nie należy jej drażnić jakimiś wymyślnymi zapachami z Europy. Może to ją płoszyć. Po toalecie poszedłem do kuchni na śniadanie. Od samego rana było bardzo gwarno w całej bazie. Assi oznajmiła mi, że w łowisku są gepardy. Były widziane przez tropicieli wcześnie rano. Widzieli je również pracownicy farmy, którzy pędzili bydło na pobliskie pastwisko. Podobno kręci się w okolicy ogromny kot. Samiec wielkich rozmiarów. Właścicielka łowiska wcale nie była zachwycona jego bytnością. Marzyła o jego strzeleniu równie bardzo jak ja. Wiedziałem o tym i czułem wewnętrznie, że coś się może przydarzyć. Na pewno informacja o kocie nie była chwytem marketingowym farmy. Podobno na sąsiedniej farmie ten wielki kocisko narobił dużo szkód. Teraz jest u nas. Co przyniesie dzisiejszy dzień? To pytanie zadawałem sobie codziennie, ale dzisiaj znak zapytania ma inne rozmiary. Jest wielki jak słoń. Wyjechaliśmy zwarci i gotowi. Siedziałem na pace trzymając sztucer w rękach. W komorze znajdował się nabój. Byłem gotowy na szybki strzał, a nawet kilka strzałów z wolnej ręki. Co chwila stawaliśmy. Z samochodu zeskakiwali czarni tropiciele i z chytrym uśmiechem mówili: „-Był tu niedawno”, albo: „-Wielkie kocisko”, lub: „ –Wielki jak lew”. Chyba nie muszę nikomu, a już myśliwym na pewno, mówić jak bardzo mnie to podniecało. Dostawałem drgawek z dużej dostawy adrenaliny. A w tym samym czasie chęć pozyskania drapieżcy urastała na równi z himalajskimi szczytami. W którymś momencie murzyni znaleźli tropy dodatkowo samicy z jednym młodziakiem. Bóg jeden tylko wie ile ja się wtedy nacierpiałem. Ile miałem nerwów i podniecenia. Sytuacja szarpała moją duszę na strzępy, a ja byłem bezradny i bezsilny, lecz gotowy do strzału. Może i dobrze, że wtedy nic mi nie wylazło, bo pewnie nie trafiłbym. Ręce mi drżały jak u chorego na Parkinsona. Ciężko jest opisać ten stan, który przeszedł na mnie z tropicieli, a moja wyobraźnia spotęgowała go dwudziestokrotnie. Potrzebowałem lekarza albo szklanki szkockiej bez lodu. Pojechaliśmy nieco wcześniej niż zazwyczaj do farmy. Było parę po jedenastej jak wyruszyliśmy z łowiska. Wolfgang doświadczony myśliwy, wiedział co robi. Widział w jakim jestem stanie, co te skurczybyki murzyni zrobili ze mnie swoimi zachwytami i głośnymi uwagami na temat tropów i w ogóle. Błyskawiczna kuracja konieczna bo nie byłbym w stanie jechać na polowanie popołudniowe. Jak zaplanowałem tak zrobiłem. Moja ulubiona Cohiba Nr.2, szklanka ciepłej szkockiej. Siedziałem na tarasie w przydomowym patio paliłem cygaro i popijałem whisky. Zapach Cohiby i kwitnących roślin w patio mieszały się tworząc wspólnie wonny aromatyczny narkotyk, przynoszący ukojenie dla ciała i starganej duszy. Whisky już po drugim łyku była wyczuwalna we wszystkich wewnętrznych zakamarkach mojego organizmu. Zbliżało się południe i wilgotność powietrza i temperatura rosły. Teraz docierał do mnie wyraźnie zapach tropikalnych drzew otaczających farmą i pięknych ozdobnych krzewów, które pieczołowicie pielęgnowała Maria. Dookoła rozlegał się śpiew ptaszków. Asi wychyliła głowę z kuchni i mówi do mnie: „- Andew, słyszysz co to ptaszysko wyśpiewuje? – Ka-spa-rov, kas-pa-rov, kasparov. Ha,ha,ha” Uśmiechnąłem się pod nosem. –Zabawne, rzekłem, choć pomyślałem inaczej. W mojej szklance pokazało się dno. Wolfgang jako doświadczony, zawodowy myśliwy, bez pytania dolał do niej kolejną porcję whisky. Miłe okoliczności przyrody. Jest mi dobrze i czuję jak wszystko mi odeszło, wyluzowałem się. Kończyłem cygaro popijając szkocką jak usłyszałem z za pleców „-Panowie lunch” Pożarłem przygotowany posiłek niczym zwierz i poszedłem do swojego pokoju na sjestę poobiednią. Było to mi bardziej potrzebne niż lekarz. Przekonałem się o tym jak wstałem i czyniłem przygotowania do popołudniowego wyjazdu do łowiska. O trzynastej byliśmy już daleko za ogrodzeniem farmy. Wolfgang zawiózł mnie na ambonę, którą wszyscy typowali na wyjście geparda. Usiedliśmy po cichu wyczekując czasu właściwej chwili. Przy wodopoju było totalnie pusto. Nic a nic. To niewiarygodne, nawet ptaków podobnych nieco do perliczek nie było. Dotąd zawsze odwiedzały wodopoje, robiąc trochę niepokoju i drażniąc swoimi odgłosami myśliwych na ambonie. Pustynia- pomyślałem. Mój opiekun wyszeptał „-Cheetah”(czita)-wskazując swym długim, pokrzywionym paluchem na krzaki po lewej stronie ambony. Serce mi zadrżało. Tym samym, wstrętnym paluchem pokazał mi „Cisza” przykładając go prostopadle do ust. Siedzimy prawie nie oddychając. Czekamy. Jedyny ruch jaki wykonuję to ruch gałkami ocznymi. W rękach trzymam sztucer, kula w komorze, jestem po próbnym składzie. Wszystko gra. W myślach powtarzam: „-Wyłaź do cholery, no wyłaź do tatusia, no prędzej.” Nie oddychamy. W około wodopoju nastała cisza. Tak wielka cisza, że było ją słychać głęboko w głowie. Wwiercała się w głąb mózgu robiąc sabotaż dla zdrowego myślenia. Teraz każdy szmer brałem za odgłosy pochodzące od wychodzącego z buszu geparda. Znowu nerwy. Cholerne nerwy. Co chwila z między moich zębów wypełzało wyciszone: „-K....mać” Robiło się coraz ciemniej. Słońce już zaszło i powietrze zaczęło być ciężkie i mniej przejrzyste. Polowanie dobiega końca. Lecz w jednym momencie Wolfgang unosi prawą rękę do góry dając tym znak: „-Uwaga” Następnie pokazał paluchem: „-Cisza” a machając lewym kciukiem w lewą stronę i prawą ręką powiększając prawe ucho powiedział: „ -Słuchaj z lewej”. W istocie słychać było pomruki kota, podobne nieco do pomruków kota domowego, lecz dużo bardziej basowe i bardziej doniosłe. Potem niewielki szmer w krzakach i cisza. Z tej samej strony ( lewej) ambony w przesmyku, bardzo daleko zobaczyłem pręgowane poruszające się ciała. Na początku pomyślałem „- Pewnie oryksy i spieprzą mi sprawę”. Lecz myliłem się bardzo. Było to stado zebr stepowych, liczące dwanaście osobników w trzech grupach rodzinnych: cztery, pięć i trzy sztuki. Wszystkie wyszły na otwarty teren przy wodopoju i zatrzymały się w rogu. Miały zamiar napoić się. W stadzie było cztery sztuki młodzieży w różnym wieku. Nie dochodziły do wody. Stały i patrzyły w jej kierunku. Zapewne odczuwały duże pragnienie. Wystąpiło niewielkie poruszenie w stadzie. Widocznie złapały wiatr. Wyraźnie widać było zdenerwowanie u osobników dorosłych posiadających młode. U nich nerwy a w mojej głowie karuzela decyzji, a czasu mało. Czy strzelać zebrę, czy czekać na cheetah'a. W tym momencie zginęły mi w krzakach dwie grupy rodzinne z młodymi. Jedna jeszcze stoi i patrzy raz w moją stronę raz w stronę, gdzie słyszeliśmy drapieżnika „-Lepszy wróbel w garści” pomyślałem, następnie szybko złożyłem się. Miałem w krzyżu największego osobnika z całej trójki. Samiec zapewne. Naciągnąłem naciąg iglicy i oddałem strzał. Zebra zaznaczyła, ale pobiegła żwawym kłusem i zniknęła mi z zasięgu wzroku. Robiło się coraz ciemniej. Mówię więc do Wolfganga: „- Idziemy zobaczyć, szybko, bo zaraz będzie ciemno i nie znajdziemy farby”. Zleźliśmy z ambony, zarzuciłem na plecy kamerę fotograficzną, karabin i poleciałem w miejsce postrzału jak bym miał motorek w d..... Te blisko dwieście metrów zrobiłem chyba w pół minuty. Patrzę jest farba, dużo. Uf, odetchnąłem. Trafiłem, to dobrze. Odwracam się w kierunku w którym uszła zebra, patrzę a nie więcej jak po trzydziestu metrach leży strzelony przed chwilą zwierz. Oglądam i sam jestem dumny z siebie. Piękny komorowy strzał na ponad dwieście metrów.  Zebra stepowa jest największym osobnikiem ( podgatunkiem) w śród wszystkich zebr i waży grubo ponad dwieście kilo. Można powiedzieć, że kula 7 Remington Magnum na dystansie dwieście metrów położyła „w ogniu” dużą dwieście pięćdziesięciokilogramową zebrę ( prawie w ogniu bo to strzał był komorowy). Zrobiliśmy trochę fot. Niewiele wyszło bo Szkop coś poprzestawiał w kamerze, a ja w pośpiechu przed znikającym światłem dziennym zapomniałem dokonać korekt jego głupoty i przywrócić ustawienia początkowe. Ale dzięki Bogu kilka wyszło. Wcześniej nie pisałem o tym, ale zebra też leżała w okręgu moich zainteresowań. Przez pierwsze pięć dni jeździliśmy za zebrą po całym łowisku i ani razu jej nie spotkałem. Już myślałem, że Assi „ściemnia” mi i nie ma tu ani jednej zebry. Assi tłumaczyła, że zebra jest gatunkiem migrującym i czasami pójdzie tak daleko, że nie widać jej kilka tygodni. Piątego dnia zobaczyłem dwie zebry na sawannie, bardzo daleko i Niemiec nie podejmował próby podejścia. Tego samego dnia po południu mieliśmy zebrę trochę bliżej, na jakieś pięćset metrów i próbowaliśmy ją podejść, ale bez sukcesów. Więc to, że za jednym zamachem zobaczyłem dwanaście sztuk w trzech grupach rodzinnych było prawdziwym szczęściem. Wolfgang potwierdził ten fakt, że rzadko się zdarza, żeby dużą grupą pokazywały się przy wodopoju. Dzisiaj nie udało się strzelić geparda, ale mam zebrę – moją nagrodę pocieszenia od Patrona. Ja pstrykałem jakieś fotki aparatem w telefonie, dla kolegów z koła, a Niemiec pomaszerował po Toyotę. Załadowaliśmy zdobycz na pakę i hajda do bazy. Była już czarna noc. Siedziałem w szoferce z lewej strony na miejscu dla pasażera. W Namibi ruch jest prawostronny, pozostałość po Anglikach tak jak krany w umywalkach, jeden z zimną, drugi z gorąca wodą- kompletny idiotyzm. Jedziemy tak sobie i z przyzwyczajenia rozmawiamy szeptem. Myślę, że ujechaliśmy niecały kilometr jak Niemiec hamuje, delikatnie w miarę, lecz wyczuwalnie. Ja patrzę energicznie przez przednią szybę i widzę dwa jarzące się jak węgliki, światełka. Odbicie świateł samochodu w oczach kota, który wyszedł nam na spotkanie, żeby chyba zadrwić z nas. Jedno jest pewne, że nas przechytrzył. Stał tak przez chwilę i patrzył na zbliżający się samochód niczym zwycięzca na cofających się wrogów, później zniknął w ciemnościach nocy. I tyle go widziałem. W bazie wszyscy byli poruszeni i zadowoleni ze zdobyczy jaką upolowałem. Po pierwsze dużo mięsa po drugie dużo kasy od myśliwego. Murzyni skrupulatnie sprawiali zwierza. Zapach świeżej krwi, charakterystyczny przy patroszeniu i bieleniu rozpływał się po okolicy. My to znaczy biała obsługa farmy, właścicielka i ja zmierzaliśmy na wieczerzę. Było nakryte. Posiłek jak zwykle smaczny. Syty i kaloryczny z bukietem witamin i energetycznym kompotem, czy czymś w podobnym. Tak mnie to wszystko wzmocniło, że parę głębszych po kolacji nawet nie poczułem w głowie. Assi przy palącym się kominku musiała wysłuchać wszystkich opowieści o polowaniu na geparda, bo to ją interesowało najbardziej. Duży drapieżnik może przez kilka dni zabić kilkanaście cieląt. To by ją bardzo drogo kosztowało. Na pewno mogłaby być to odczuwalna dla farmy strata, to i nie dziwota, że tak bardzo się boją drapieżników grasujących na ich terenie. Muszę powiedzieć, że ludzie tu żyją skromnie ale również bardzo oszczędnie. Czasami to myślałem o nich, że to Szkoci jacyś ,przeklęci w czasach kolonialnych i wygnani ze Szkocji za nadmierną chytrość. Może ich krzywdzę nawet jak tak myślę. Ta ich „oszczędność” widoczna była na kilometr a w połączeniu z niemiecką mową stawała się mieszanką nie do zauważenia. Tak trochę krzywdy, takiej malutkiej to im nie zaszkodzi, bo to Niemcy przecież. Mamy z nimi rachunki historyczne, choć przebaczone oficjalnie przez biskupów. Dzisiaj jednak obciachem jest nawet myśleć tak jak tu piszę. Taka mała refleksja. Ale już wracam do tematu. Wszyscy to znaczy się ja i Wolfgang zdaliśmy przy kolacji Assi relację. I bez tego była doskonale zorientowana, bo wcześniej przemaglowała dokładnie czarnych tropicieli a ci na pewno wiedzieli znacznie więcej niż my. Pogaworzyliśmy do północy chyba. Towarzystwo podniecone wydarzeniami w łowisku, rozkręcało się coraz bardziej. Ja może najmniej przywykły do buszu, poczułem ciężar powiek i bliskość marzeń sennych. Nie chciało mi się już tłumaczyć, łamiąc język i ze zmęczenia i senności i wykonałem tzn. „anglika” czyli po angielsku niezauważenie oddaliłem się do komnaty zwanej moim pokojem. Zmrużyłem oczy i popłynąłem w długie i męczące marzenia senne. Męczące dlatego, bo już zaczynałem podsumowania pobytu. Został mi jeszcze jeden dzień polowania i tak bardzo chciałem strzelić geparda. Zasada jest w moim życiu taka, że ostatnia szansa jest niewykorzystana. To mnie dodatkowo denerwowało i spędzało sen, taki normalny sen, bo przecież kręcenie się w łóżku z boku na bok w półśnie to jest męczarnia. Dodatkowo w szybkim liczeniu prawdopodobieństwa, matematycznie wychodziło, że mam szanse poniżej jednej dziesiątej procenta. Uf, ale ciężka noc. Prawie nie spałem.

Polowanie dzień dziesiąty

Można powiedzieć, że to już rutyna czy rytuał ta poranna toaleta, dobór odpowiedniego ubrania i śniadanie. Moi gospodarze „wyumieli” się po polsku „Darz Busz” i tak pięknie to wymawiali z syczącym niczym wąż „szsz”. Mówili też pięknie „-Dzień dobry”. Mamy tu pewien szacunek, gdyż wydając nasze euro nie oglądamy go dookoła, tylko płacimy bez targów. Ot nasza ułańska fantazja i klasa. Przybywający tu Niemcy chyba nie są tak szczodrzy jak Polacy, bo koło nich nikt tak nie skacze jak koło nas. Jest to bardzo miłe uczucie być tak faworyzowanym i czuć się trochę „lepiej”. Czarnoskórzy pracownicy rano otropili teren. Interesował nas dzisiaj już tylko gepard. Postanowiliśmy dzisiaj go dopaść, bo z pewnością jest w łowisku i czatuje na antylopy czy bydło Assi. Gepardy są drapieżnikami i mocno dają się we znaki farmerom i właścicielom prywatnych łowisk. Gepardy polują głównie na niewielkie zwierzęta do czterdziestu kilogramów. Ich przysmakiem są guźce, małe antylopy i cielęta bydła domowego. Kot ten ma piękne i muskularne ciało, wysokie, długie i cienkie nogi. Ciało jest na pierwszy rzut oka smukłe i chude, lecz ma bardzo obszerną klatkę piersiową w której mieszczą się ogromne płuca. Łeb ma niewielki względem swego ciała, lecz duże wysoko osadzone oczy i ogromne nozdrza pomagające szybkiemu oddychaniu. Uszy są niewielkie co sugeruje, że najważniejszym jego zmysłem jest wzrok i węch a największym atutem prędkość. Ma przepiękną suknię, w kolorze płowym z ciemnymi cętkami co czyni go mistrzem kamuflażu. Jest wspaniałym zwierzęciem o pięknej budowie i znakomitych proporcjach. Jest również znakomitym przeciwnikiem dla myśliwego. Choć gepard poluje w dzień i nie osłania go ciemność nocy jak inne koty, to chyba co pięćdziesiąty myśliwy może go pozyskać. Drapieżnik poluje wczesnym rankiem lub przed zachodem słońca. Zbliża się do swojej ofiary na odległość kilkunastu metrów i pełnym długim skokiem rozpoczyna pościg. Przeważnie zakończony sukcesem. Jeśli nie osaczy ofiary na dystansie stu- dwustu metrów to dalej nie goni tylko czeka na następna okazję. Ma wspaniały węch i jak wyczuje ludzi, których za zwyczaj nie atakuje, to chowa się w buszu lub ucieka. Ja miałem okazję w trakcie mojego pobytu w Namibii mieć kontakt z gepardem jedynie werbalny i widziałem wielokrotnie jego tropy. Jeśli chodzi o kontakt werbalny to tak jak już pisałem wcześniej odwiedził kilkakrotnie wodopój przy którym była moja zasiadka. Jednak nie wychylił nosa z krzaków. Wydawał śmieszne dźwięki podobne nieco do dźwięków emitowanych przez domowego kota lecz nieco mocniejsze. Można tu było słyszeć mruczenie i miauczenie, nawet takie charakterystyczne gulgotanie i posykiwanie. Gepardy w przeciwieństwie do innych dzikich kotów nie ryczą. Biologię tego kota poznałem w Afryce, głównie z opowiadań moich gospodarzy, no i trochę z książki zakupionej w stolicy w Windhuku. Rankiem pojechaliśmy po moje „złote runo”. Duża grupa tym razem ruszyła z naszego obozu. Wolfgang i ja oraz trzech tropicieli i kierowca Toyoty. Na „pace” samochodu było bardzo ciasno i niewygodnie, ale krótko, bo tropiciele zaraz zeskoczyli i dużą część drogi robili na piechotę lub wisząc na burtach skrzyni. Było wiele tropów, lecz kot nie wyszedł nam na spotkanie. Już prawie pogodziłem się z przegraną choć jeszcze iskierka nadziei tliła się we mnie. Popołudniowy wyjazd ograniczył się do zasiadki na ambonie przy wodopoju. Bawiło mnie tu ptactwo, które odbywało przeróżne tańce godowe, tworząc piękne przedstawienie, niczym balet klasyczny. Przy tym wspaniałe śpiewy, klekotania i gulgotania perliczko-podobnych. Najpiękniej śpiewały małe pstre ptaszki z purpurowo-czerwonymi piórkami. Inne krakały podobnie do naszych wron. Siedziałem na ambonie niczym w operowej loży, bez damy a z długim, chudym i małomównym Niemcem, przypominającym stracha na wróble. Prześmieszny kontrast, piękno najwspanialszej przyrody w wyglądzie, tańcu i śpiewie i brzydota Niemca. A ja po środku w centrum widowni. Po grubej zwierzynie śladu nie było. Co robić? Siedzę i rozmyślam nad moim pobytem. Co powiem w Warszawie? Dlaczego nie strzeliłem geparda? Cel wyprawy nie został osiągnięty. A może to wina przewoźnika, bo przez niego mam skrócony o jeden dzień pobyt. Do cholery trzeba myśleć pozytywnie. Natychmiast porażkę zamieniłem w sukces. Takie prywatne pozytywne myślenie. Widocznie Święty Hubert zaprasza mnie do Afryki w przyszłym roku. Okoliczności przyrody były piękne. Śpiew i taniec ptaków, słońce z paskudnej , złotej i piekącej patelni zamienił się w piękny czerwony krąg pozostawiając na niebie czerwono-granatowe smugi. Już prawie uwierzyłem w teorię przeznaczenia, siedząc rozmarzony, gdy szturchnął mnie niedelikatnie Wolfgang i pokazał swoim paluchem na wychodzącego z zarośli oryksa. Już sięgałem prawą ręką po sztucer i zobaczyłem, że antylopa ma jeden róg, drugi stracila zapewne w walce. W tym momencie ręka moja zmieniła kierunek i podjęła kamerę fotograficzną. Byk jako wspaniały foto-model, pewnie już z taką praktyką, pozował do zdjęć. Miałem trochę za mało światła, ale udało mi się zrobić niewielką sesję, która stanowić będzie w moich zbiorach ciekawostkę. Oryks byk z jednym rogiem stal się chcąc nie chcąc moim prywatnym pożegnaniem z Afryką. Zapadła noc i trzeba było wracać do obozu. Na stole czekała kolacja. W kominku strzelały palące sie szczapy. Były tak samo twarde jak suche. Ogień dawał dużo ciepła, tak więc chłód nocy był niewyczuwalny. Polały się strużki whisky. Był moment na podsumowanie. Assi spytała: ”- Andrew, czy jesteś zadowolony z pobytu?” Skłamałem, że tak, bo naprawdę to nie spełniłem swojego marzenia, nie przechytrzyłem geparda i nie położyłem go. Miałem niedosyt. Nie mogłem tego wyjawić moim gospodarzom. Tak bardzo się starali, tal bardzo dbali o mnie. Byli mili i uprzejmi. A dzisiaj „zielona noc” ma być miło.... Assi dbała o moją szklankę. Musiałem jej zwrócić uwagę, że Polacy nie Ruscy i piją trochę mniej. Zaśmiała się od ucha do ucha. Assi sprawiała wrażenie, że kocha Polaków. Była dwa razy w Polsce i mówi, że się zakochała. I w Polsce i Polakach i gościnności i kuchni. Przyjemnie mi było wysłuchać takie opinie kobiety z bardzo dalekiego kraju. Grzecznie przypomniałem gospodyni o jutrzejszym całodniowym zwiedzaniu stolicy. Wypiliśmy jeszcze po polsku „rozchodniaczka” i do łóżek. Nazajutrz po śniadaniu wyruszyliśmy do Windhoeku. Stolica jest niewielka, położona bardzo wysoko, bo około tysiąca dwustu metrów n.p.m. Nie ma tam nic szczególnego do zwiedzania ani oglądania. Ja zauważyłem tam natychmiast bardzo wyraźny podział rasowy. Mocna, gruba granica pomiędzy białą ludnością i czarną. Już po drodze kontrastowały piękne wille i stylowe budynki farm białych namibijczyków i slamsy czarnych. Assi podśmiewała się w czasie podróży z anten telewizyjnych na domkach ze skrzynek po pomarańczach i prostowanych stalowych beczek. Mówiła: „- U bambusów tv to najważniejsze w życiu”. Nie podobało mi się to. Zresztą takie skuchy robili z Wolfgangiem często. W Namibi zamieszkuje osiem głównych plemion rdzennej ludności. W przeciwieństwie do Wschodniej Afryki gdzie ludzie są proporcjonalni i piękni o wyrafinowanej urodzie tu nie grzeszą nadmierną pięknością. Nie posiadają wspaniałej cery, czy białych jak porcelana zębów. Są po prostu brzydcy. Niskiego wzrostu o wątłej budowie ciała i spłaszczoną od przodu twarzą ze spłaszczonymi nosami. Oczywiście zdarzają się wyjątki, niestety tylko płci żeńskiej, co z rozkoszą uwieczniałem w pamięci mojej kamery.

Namibia jest Republiką. Parlamentarną a tutejszy rząd tworzą rdzenni mieszkańcy kraju czysto czarni. Policja i urzędy również. Gospodarka należy przeważnie do białych osadników. I ci są twórcami tego co wszystkim kojarzy się z cywilizacją. W dziewiętnastym wieku , kiedy pojawili się w Namibi niemieccy kolonialiści i udało im się pogodzić zwaśnione plemiona tubylców i zaprowadzić pokój, to zaraz wzięli się za robienie tz. niemieckiego porządku. Rozpoczęła się budowa lini kolejowych a przy tym wiaduktów, mostów, stacji itd. Wtedy powstało również wiele dróg, portów i miasteczek, bo prawdziwego miasta to nie ma tam do dzisiaj. Niemieckim zwyczajem musiano zbudować koszary i inne fortyfikacje, w dalszej kolejności powstały kościoły i klasztory, szkoły, plebanie. Muszę wyrazić swój podziw nad tutejszymi przydomowymi ogródkami. Nie mam pojęcia czyja to tradycja czy niemiecka czy angielska ale są i upiększają miasto. W stu procentach sztucznie nawadniane, są prawdziwymi perłami ogrodnictwa. Urzekającym pięknem i nęcą wszystkie oczy do spoglądania na nie i podziwiania. Myślę, że to takie tubylcze hobby połączone ze współzawodnictwem: Czyj ogródek piękniejszy? Rośliny z kolorowym kwiatostanem zakomponowane w układ mieniących się barw i przenikających kolorów, czasami jakieś rzeźby czy fontanny, oczka wodne z kolorowymi rybkami. Nieprawdopodobnie piękne ogrody, w tym pustynnym kraju , psuły rzucające się w oczy systemy odzysku wód opadowych. Nieestetyczne rynny i rury pionowe, rezerwuary stojące gdzieś na zewnątrz na rusztowym podwyższeniu. Ja bym to ukrył i było by perfekt. Widziałem również w Windhuku parki z trawą , palmami i kaktusami w których w czasie sjesty w trawie drzemali różni ludzie. No i nie sposób milczeć o pałacu prezydenckim. Jest on usytuowany nieco na obrzeżach stolicy i wykonany jest z kilkukrotnie większym rozmachem niż „Biały Dom” I choć państwo kilkaset razy biedniejsze, może kilka tysięcy razy od Ameryki to prezydenta stać i już.  Tam gdzie są widoczne jakieś zyski i pieniądze są tam biali. Przemysł i Poważne rolnictwo, turystyka, handel to wszystko jest w rękach białych kolonialistów, głównie niemieckiego pochodzenia. Po Anglikach jest lewostronny ruch drogowy, samochody z kierownicą z prawej strony, słynne angielskie umywalki i parę jeszcze kretynizmów. Ale byli tu i zostawili swoją spuściznę. Acha, język urzędowy, przecież angielski, jest tu po Anglikach. Po pierwszej wojnie światowej jak Niemcy wzięli w du..... w Europie, to i stąd ich Anglicy wysiudali. Ale ci odrodzili się jak feniks z popiołów i są dzisiaj najważniejszą mniejszością narodową. Odwiedziłem kilka sklepów z pamiątkami i o dziwo spotkałem się tu ze wspaniałym, prawdziwym rękodzielnictwem. Nie ma tu szmiry pod turystów, wręcz przeciwnie, można spotkać wiele interesujących dzieł sztuki na wysokim poziomie. I jak zwykle w takich przypadkach mają one jedna wadę - są drogie. Jeśli kogoś stać wydać kilka tysięcy euro, to w jego dom ozdobią przepiękne przedmioty, z certyfikatem twórcy, prawdziwe dzieła.

Jest tu ( w Windhoeku) setki ogłoszeń firm i farm organizujących safari. Na dobrą sprawę jak ktoś przyjedzie tu, bez żadnych planów, to na miejscu może zorganizować sobie safari, bez pośredników i bez rezerwacji i przedpłat. W tutejszych sklepach można kupić odzież i obuwie na safari. Broń mu wypożyczą i dostarczą każdą ilość amunicji. Ogłoszeń jest wiele. Są firmy co organizują tz. Foto-safari, po parkach narodowych. Na lotnisku spotkałem amerykanów, emerytów , którzy z takiego bezkrwawego safari wracali. Byli zachwyceni. Mieli parę tysięcy zdjęć i kilkanaście godzin materiałów na film. Urzędowy język to angielski, ale bardziej popularny jest niemiecki i afrykanerski.

Windhuk niczym nie zaskakuje i niczym nie urzeka, ot takie zwykle afrykańskie miasto, miasteczko właściwie.

Wieczorem wróciliśmy do obozu. Nazajutrz miałem samolot do Frankfurtu. Mijał mi właśnie trzynasty dzień pobytu w Afryce.

Po odprawie broni i bagaży usiadłem w hali odlotów. Pierwsze co zrobiłem, to zadzwoniłem do żony. Krotka informacja: Wszystko ok. Wracam, jutro jestem w domu. Potem moim kolegom wysłałem mms-em fotki moich zdobyczy. Czekałem na gratulacje, które to w łowiectwie, wśród kolegów są kulturalną formą wyrażenia zazdrości. Nie doczekałem się, bo mms-y  dotarły do kolegów po miesiącu.

Afryka dzika i tyle.

Po powrocie.

 

Wróciłem do Kraju bez żadnych kłopotów i na czas. Z lotniska punktualnie odebrała mnie małżonka.

Broń też przyleciała ze mną i nie miałem stresów związanych z opóźnieniami tak jak to było po przylocie z Argentyny. Jeszcze przez wiele wieczorów żyłem afrykańska przygodą. We snach ciągle tam byłem, słyszałem nieudaczny głos Wolfganga i szelmowskie uśmiechy Assi. Ciągle jeszcze miałem nerwy i nocne mary związane z polowaniem na geparda. Trwało to wszystko około miesiąca. Chyba było by krócej, ale ciągle to nowym kolegom opowiadałem o wrażeniach z pobytu w Afryce, o polowaniach i wszystkie emocje wracały do mnie jak bumerang.

Na wstępie pisałem, że wyprawa zaczyna się na długo przed wyjazdem, a po powrocie też jeszcze trwa kilka tygodni. W emocjach i myślach oraz snach. W pamięci człowieka zostają wspaniałe chwile i przeżycia, których nigdy nie straci, są jego na wieki i właśnie dla tego należy wypuszczać się na dalekie wyprawy łowieckie.

Jak ochłonąłem z tych myśli i jeszcze nękających mnie wspomnień, to pomyślałem sobie, że warto przygodę moją opisać. Przyznaję się tu wszystkim, którzy mój reportaż z podróży przeczytali, że Bozia literackiego talentu mi nie darowała. Błagam o litość i jak mnie nie nazwiecie grafomanem, to jeszcze napiszę parę słów o przygotowaniach, ekwipunku, ubraniach etc.

Zacznę chyba od walizek i pojemnika na broń i amunicję. Odradzam zabieranie ze sobą ciężkich już w sobie waliz, toreb czy skrzyń podróżnych. Już puste ważą dużo i limitują nasz zasadniczy ekwipunek. Polecam zaś teraz bardzo popularne walizki z poliwęglanów. Są wyjątkowo lekkie, mają kółeczka, są sztywne i odporne na zniszczenie, czyli mają same zalety. Wadą jest, że nie wyglądają jak na bagaże myśliwego- podróżnika, włóczykija. W miejsce „ kilogramów” bez-sensownej walizy skórzanej czy brezentowej polecam zabrać sprzęt foto czy kamerę video. Cały mój drogocenny sprzęt, czyli kamera video, kamera foto, celownik optyczny, lornetka, cieplejsza kurtka, koszula na zmianę, wszystko to poszło do bagażu podręcznego. Sztucer został odprawiony w oryginalnym pojemniku na zamki cyfrowe. Na safari zorganizowanym w prywatnych łowiskach nie potrzeba wiele ubrań, bo służba nasze ubrania pierze. Należy je tylko położyć przy drzwiach na podłodze a jeszcze tego samego dnia będą czyste i wyprasowane czekały na nas w pokoju. Zatem należy zabrać dwie pary butów. Ja miałem trzy pary i klapki. Zabrałem wysokie „kolonialne oficerki” buty wojskowe US Army tz. „pustynne” , buty sportowe, bardzo wygodne na podróż typu adidasy firmy Beretta i klapki. W okresie zimowym w Namibii wszelkiego rodzaju żmije i węże są bardzo aktywne i trzeba się chronić od dołu w miarę solidnym i wysokim obuwiem. Dwie koszule safari oraz dwie pary spodni myśliwskich w zupełności wystarczą. Ja jestem z natury przewidujący i poza dwiema parami spodni myśliwskich safari i dwiema koszulami, zabrałem jeszcze dwie kamizelki ze zgrubieniem na prawym ramieniu, dodatkowe dwie koszule „wyjściowe” na podróż. Bielizna jest sprawą oczywistą i tu każdy musi się dostosować do swoich potrzeb. Jeśli ktoś ma ostry zarost to polecam jedwabną apaszkę na szyję, względnie chusteczkę, bo głową w trakcie polowania kręci się na okrągło. Najbardziej istotnym elementem ubioru jest kapelusz. Z doświadczenia wiem, czym większe rondo tym lepszy. Chroni twarz z przodu i kark z tylu przed wyjątkowo natarczywym słońcem. Żadna czapeczka typu „bejsbolówka” czy inna nie wystarczy. Okulary słoneczne nie wchodzą w grę gdyż nie działają razem z lornetką i lunetą celowniczą. Kapelusz jest idealny. Cienkie rękawiczki jako ochrona przed słońcem. Kremy z filtrem co najmniej  „czterdziestka” i krem na oparzenia słoneczne. To uratowało mi życie, a raczej twarz. Miałem bardzo dotkliwe oparzenie na nosie, ale wyszedłem z tego. Miękka i ciepła kurtka ochroni nas przed zimnem rano i wieczorem w Namibi i w czasie podróży w Europie. Ja zabrałem wyjątkowo uniwersalną kurtkę Beretta z cienkiego ortalionu z wypełnieniem z syntetycznego puchu. Cieniutka, bardzo lekka i ciepluteńka. Sprawdziła się na polowaniu i w bagażu podręcznym. Ograniczyć kosmetyki do minimum. A jeśli już to bezzapachowe. Ręczniki są na miejscu. Polecam zabrać mini apteczkę: plasterki z opatrunkiem, plasterki na odciski i obtarcia, aspirynę, coś przeciwbólowego i na zatrucia pokarmowe. Dla mnie taki zestaw przygotowała małżonka, gdyż u nas w domu jest dyżurnym lekarzem domowym. Skarpety- to również wymaga omówienia. Ja zabrałem profesjonalne skarpety jakich się używa na wyprawy. Charakteryzują się tym, że noga się nie poci w nich, buty nie obcierają i jest rotacja powietrza tz. nie jest w bucie mokro. Można takie kupić w sklepach myśliwskich czy sportowych. W ostateczności mogą być grube skarpety wełniane. O ubraniach to już chyba wszystko.

Nóż nie jest nam potrzebny, przynajmniej taki myśliwski „klasyk”. Dobrze jest mieć na wszelki wypadek większy scyzoryk. Przed wyjazdem dostałem w prezencie od Grześka Poklewskiego taką gumową uprząż do lornetki. Rzecz absolutnie idealna. Trzymała lornetką na moim brzuchu, powodując to, że zawsze ją miałem pod ręką a w czasie marszruty nie majtała się, a w trakcie strzelania nie przeszkadzała. Potem , po przyjeździe na filmach ,które kupiłem w Namibii, zobaczyłem, że wszyscy profesjonaliści mają takie gumowe uprzęże. Lornetka, która jest tu nam przydatna nie powinna być ciężka. A zatem maksymalnie obiektyw 42 mm. Ja taką właśnie miałem. „Swarovski” zresztą. W Afryce nie poluje się w nocy.

Zapomniałem chyba o jednej bardzo ważnej sprawie. Pakując na wyprawę mojego Blaser’a zabrałem maleńki zestaw do czyszczenia ze składanym wyciorem. Radzę zrobić to samo. Jest  tu wszędzie w dużych ilościach kurz. Strzela się też sporo. Ja czyściłem swój sztucer kilka razy w czasie dwutygodniowego pobytu, a uważam, że powinno robić się to codziennie. Na marginesie mogę tu napisać, że jeszcze w Argentynie widziałem u mojego kolegi Artura z Katowic takie naklejki z bibułki na wylot lufy. Chroni to właśnie przed kurzem a przy strzale nie szkodzi bo silne ciśnienie znajdujące się przed pociskiem wydmuchuje bibułkę w przestworza. Dla zamka kurz to też wróg. Zamek trzeba czyścić tak samo często jak lufę. Mnie raz się zaciął zamek z niezweryfikowanych do dzisiaj powodów.

Na tym chyba zakończę, bo chodzi mi po głowie następny „projekt” dotyczący mojego polowania w Argentynie. Myślę, że za parę miesięcy będę mógł go zamieścić na swojej stronie. A tymczasem życzę wszystkim tym, których zainspirowałem do wyjazdu na safari, wielu sukcesów. Życzę również aby mogli po powrocie do kraju jeszcze przez długie miesiące przy szklaneczce szkockiej wspominać, marzyć o następnych wyprawach. Ja przynajmniej tak czynię i już dzisiaj wiem, że w przyszłym roku minimum raz Czarny Ląd odwiedzę.

Darz Busz.

 

POSŁOWIE

Nasze wieczorne rozmowy ze szklaneczką whisky stały się rytuałem. Palił się ogień w kominku a my gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. Jednego wieczoru, kiedy najbardziej odczuwałem brak rodziny i przyjaciół, zacząłem opowieść o Polsce. Assi na to: - Andrew my znamy Polskę, Polaków, są moimi najlepszymi klientami. Sama byłam dwa razy w Polsce. Byłam u jednego myśliwego pod Toruniem. O boże, nie ma drugiego tak gościnnego narodu na Świecie jak Polacy. Wstała i przyniosła polską książkę autorstwa Janusza Sikorskiego pt: „W buszu i w kniei”. Na pierwszej stronie znajdowała się odręczna, piękna dedykacja od Janusza dla Assi. Po małej chwili przyniosła gruby album z fotografiami, potem drugi i trzeci. Były tam fotografie z ostatnich piętnastu lat. Na kilkudziesięciu zdjęciach znajdował się Janusz. Zaprzyjaźnił się z Assi i za każdym razem odwiedzał ją. Często przywoził do niej myśliwych z Polski. Był tam lubiany i ceniony. Dwa lata później poznałem Wolfiego, również farmera i operatora safari. Jego dom stanowił kolejną bazę Janusza. Tam podobno strzelił swoje najlepsze gepardy. Tak miałem nieukrytą przyjemność podążać afrykańskim szlakiem Janusza Sikorskiego. Nestora polskiego safari, nauczyciela i przewodnika, pisarza i poety.

Dzisiaj już nie ma Go wśród nas, w sierpniu 2010 roku przestąpił granicę krainy wiecznych łowów. Jestem pewny, że wybrał w tej wielkiej Krainie Wiecznych Łowów sektor afrykański.

Będzie dla mnie wielkim honorem poświęcić Januszowi tę książkę, która jest ABC safari dla początkujących myśliwych. Zapraszam wszystkich na Jego afrykański szlak.

Andrzej Niewiadomski

 

 

 

 
Reklama